Byliśmy wczoraj na Jedz, módl się i kochaj Film na podstawie książki która stała się bestselerem, choć w zasadzie usłyszałem o książce na trzy dni przed pójściem do kina. Opowiada historię kobiety, która w pewnym momencie życia robi sobie spojrzenie wstecz i zastanawia się czy o to chodzi w jej życiu. Czuje, że to nie to, że nie spełnia się. Choć osiągnęła to o czym wiele kobiet marzy zapewne. Stabilizację i poczucie bezpieczeństwa, a jednak czegoś jej brakuje. Coś jest nie tak w jej życiu. Czuje, że nie chce dalej tak żyć. Że chce czegoś więcej, a może po prostu czegoś innego. Zmiany wprowadza w życie, poniekąd krzywdząc innych o czy film nawet się nie zająknął.
To takie typowo amerykańskie. Najważniejsza moja wolność, moje szczęście nawet po trupach. Czy amerykanie nie potrafią się poświęcić? Ale ok może nie o tym miał być film. Film miał być o poszukiwaniu siebie, Boga i sensu życia. Jedzie do Włoch, korzysta z życia. Potem jedzie do Indii. Próbuje tam wsłuchać się w siebie, ale nie specjalnie jej to wychodzi. Wreszcie wyjeżdża na Bali gdzie wcześniej ziarnko niepewności zasiał w niej pewien Szaman i chyba od tego wszystko się zaczęło. Przez chwilę ma się tu wrażenie, przy ponownym spotkaniu z szamanem, że wszytko to co ona zrobiła od ostatniej wizyty to na nic. Szaman zdaje się jej nie poznawać, a ona przecież zmieniła swoje życie właśnie z jego inspiracji. Widz na chwilę czuje się rozczarowany i oszukany przez szamana. Jednak wreszcie on sobie ją przypomina. Po drodze ona pomaga biednej rodzinie za pomocą swoich bogatych amerykańskich przyjaciół, a jakże. Jak by ktoś nie wiedział, amerykanie potrafią być altruistyczni. A na końcu, co mnie zniesmaczyło i powaliło z fotela, wreszcie znajduje swojego jedynego, ukochanego faceta i film się kończy. Na Boga, czy kobieta nie potrafi wymyślić zakończenia innego niż takie, że kobieta znajduje wreszcie faceta. Czy nie ma na świecie kobiety, której esencją życia i jedynym celem nie jest zamążpójście. Oczekiwałem czegoś głębszego w tym filmie. Na pewno są kobiety na świecie które chcą czegoś więcej, czegoś innego niż zostać żoną. Chcą odnaleźć siebie, określić się w sposób inny niż schematyczny. To niemalże jak zrobić film - "siedem lat w tybecie" z zakończeniem, że główny bohater - facet zostaje na końcu prezesem firmy produkującej posążki buddy. W filmie gra Julia Roberts. Spodziewałem się głębszej roli. Nie jest zła, bo to dobra aktorka, ale taka rola dawała zapewne większe pole do popisu. Jest jedna scena gdy Richard (Richard Dale Jenkins) opowiada o swoim życiu. Jego tragedie przeżywa się razem z nim. Nie wiem jak książka, ale od filmu oczekiwałem czegoś więcej niż kolejnej niespełnionej miłości.
To takie typowo amerykańskie. Najważniejsza moja wolność, moje szczęście nawet po trupach. Czy amerykanie nie potrafią się poświęcić? Ale ok może nie o tym miał być film. Film miał być o poszukiwaniu siebie, Boga i sensu życia. Jedzie do Włoch, korzysta z życia. Potem jedzie do Indii. Próbuje tam wsłuchać się w siebie, ale nie specjalnie jej to wychodzi. Wreszcie wyjeżdża na Bali gdzie wcześniej ziarnko niepewności zasiał w niej pewien Szaman i chyba od tego wszystko się zaczęło. Przez chwilę ma się tu wrażenie, przy ponownym spotkaniu z szamanem, że wszytko to co ona zrobiła od ostatniej wizyty to na nic. Szaman zdaje się jej nie poznawać, a ona przecież zmieniła swoje życie właśnie z jego inspiracji. Widz na chwilę czuje się rozczarowany i oszukany przez szamana. Jednak wreszcie on sobie ją przypomina. Po drodze ona pomaga biednej rodzinie za pomocą swoich bogatych amerykańskich przyjaciół, a jakże. Jak by ktoś nie wiedział, amerykanie potrafią być altruistyczni. A na końcu, co mnie zniesmaczyło i powaliło z fotela, wreszcie znajduje swojego jedynego, ukochanego faceta i film się kończy. Na Boga, czy kobieta nie potrafi wymyślić zakończenia innego niż takie, że kobieta znajduje wreszcie faceta. Czy nie ma na świecie kobiety, której esencją życia i jedynym celem nie jest zamążpójście. Oczekiwałem czegoś głębszego w tym filmie. Na pewno są kobiety na świecie które chcą czegoś więcej, czegoś innego niż zostać żoną. Chcą odnaleźć siebie, określić się w sposób inny niż schematyczny. To niemalże jak zrobić film - "siedem lat w tybecie" z zakończeniem, że główny bohater - facet zostaje na końcu prezesem firmy produkującej posążki buddy. W filmie gra Julia Roberts. Spodziewałem się głębszej roli. Nie jest zła, bo to dobra aktorka, ale taka rola dawała zapewne większe pole do popisu. Jest jedna scena gdy Richard (Richard Dale Jenkins) opowiada o swoim życiu. Jego tragedie przeżywa się razem z nim. Nie wiem jak książka, ale od filmu oczekiwałem czegoś więcej niż kolejnej niespełnionej miłości.
Komentarze