W niedzielę znowu wybrałem się w Tatry, a w zasadzie ponownie do Doliny Kościeliskiej. Tym razem bez Basi, bowiem nastawienie było na eksploracje jaskiń tylko i wyłącznie. No może jeszcze Wąwóz Kraków był w zamiarach, ale tez z uwagi na znajdującą się tam Smoczą Jamę. Wreszcie po dłuższym niebycie wybrał się ze mną Konrad, co więcej z "Małą Mi", a nawet z jej Ojcem. Pojechaliśmy naszym samochodem. Od razu ruszyliśmy do Mroźnej, byliśmy jej pierwszymi gośćmi w tym dniu.
Przewodnik musiał odpalić wpierw agregat i po dziesięciu minutach weszliśmy do jaskini. Potem doszliśmy do Wąwozu Kraków i tam Smocza Jama, tu już było sporo turystów. Smocza jama to taka większa dziura na wylot przez skałę. Jak ktoś woli może przejść dookoła skały omijając jaskinię. Pod samą jaskinie dochodzi się drabinką. Potem trochę łańcuchami i w jaskini tez praktycznie przez całą długość trzeba się posiłkować łańcuchami. Szczególnie ostatnie podejście jest strasznie wypolerowane. Po zawróceniu ze Smoczej Jamy poszliśmy do Raptawickiej. Tam chciałem koniecznie zwiedzić jaskinię za zaciskiem. Niestety zacisk jest tak ustawiony i takiego kształtu, nie żebym był jakoś specjalnie gruby... Po prostu nie byłem w stanie przecisnąć się w klatce piersiowej. Niestety moja wada postawy, czyli zaokrąglone plecy powodują, że moja szerokość od mostka do kręgosłupa po drugiej stronie jest dość znaczna, a i same barki też nie bardzo chciały się zmieścić. Walczyłem kilka minut i dałem za wygraną. Oczywiście Konrad i szczególnie Mała Mi większych problemów nie mieli. Ojciec Marianny, też jest raczej drobnej postury. Niczego mu nie brakuje, a le jest szczupły. Z trudami, ale się przecisnął. Podałem im kamerę i sfilmowali tamtą przestrzeń. Jak na nich czekałem bez światła przy zacisku przeleciał koło mnie spłoszony przez nich nietoperz. Ojciec Marianny znalazł dwa zęby, niedźwiedzia albo wilka. Są pokazane na filmie. Dalej poszliśmy do Mylnej, tam spędziliśmy ponad godzinę. Zwiedziliśmy wszystko co dało się rozsądnie zwiedzić i było ciekawe do zobaczenia. Po przejściu tej jaskini w zasadzie bez turystów. To zaleta mglistego dnia po sezonie. Zeszliśmy do parkingu, tam zjedliśmy skromny obiad i podjechaliśmy do Sanktuarium na Krzeptówkach na mszę. Potem już prosto do domu.
![]() |
| Oglądaj od: |
Przewodnik musiał odpalić wpierw agregat i po dziesięciu minutach weszliśmy do jaskini. Potem doszliśmy do Wąwozu Kraków i tam Smocza Jama, tu już było sporo turystów. Smocza jama to taka większa dziura na wylot przez skałę. Jak ktoś woli może przejść dookoła skały omijając jaskinię. Pod samą jaskinie dochodzi się drabinką. Potem trochę łańcuchami i w jaskini tez praktycznie przez całą długość trzeba się posiłkować łańcuchami. Szczególnie ostatnie podejście jest strasznie wypolerowane. Po zawróceniu ze Smoczej Jamy poszliśmy do Raptawickiej. Tam chciałem koniecznie zwiedzić jaskinię za zaciskiem. Niestety zacisk jest tak ustawiony i takiego kształtu, nie żebym był jakoś specjalnie gruby... Po prostu nie byłem w stanie przecisnąć się w klatce piersiowej. Niestety moja wada postawy, czyli zaokrąglone plecy powodują, że moja szerokość od mostka do kręgosłupa po drugiej stronie jest dość znaczna, a i same barki też nie bardzo chciały się zmieścić. Walczyłem kilka minut i dałem za wygraną. Oczywiście Konrad i szczególnie Mała Mi większych problemów nie mieli. Ojciec Marianny, też jest raczej drobnej postury. Niczego mu nie brakuje, a le jest szczupły. Z trudami, ale się przecisnął. Podałem im kamerę i sfilmowali tamtą przestrzeń. Jak na nich czekałem bez światła przy zacisku przeleciał koło mnie spłoszony przez nich nietoperz. Ojciec Marianny znalazł dwa zęby, niedźwiedzia albo wilka. Są pokazane na filmie. Dalej poszliśmy do Mylnej, tam spędziliśmy ponad godzinę. Zwiedziliśmy wszystko co dało się rozsądnie zwiedzić i było ciekawe do zobaczenia. Po przejściu tej jaskini w zasadzie bez turystów. To zaleta mglistego dnia po sezonie. Zeszliśmy do parkingu, tam zjedliśmy skromny obiad i podjechaliśmy do Sanktuarium na Krzeptówkach na mszę. Potem już prosto do domu.

Komentarze