Krótko o Pieninach

Zebrałem się wreszcie i opiszę pokrótce Pieniny: Wyjechaliśmy z samego rana. Niby prosta droga, ale włączyłem GPS, po co mam ciągle zerkać na mapę. Tak jest bezpieczniej. Niestety GPS za nic nie chciał się aktywować. Ruscy ukradli satelity. Mniej więcej w miejscu gdzie pamiętałem, że trzeba zjechać z zakopianki, zamieniliśmy się miejscami z Basią abym ja patrzył na mapę i jej mówił jaką drogą ma jechać. Powiedziałem jej pierwszy zjazd i zagłębiłem się dalej w mapę jak podniosłem ponownie głowę okazało się, że ponownie jedziemy zakopianką !?! Przesiedliśmy się ponownie i to zerkając na mapę, a to na drogę zjechałem w Rabce i pojechałem do Tylmanowej. Niestety straciliśmy trochę czasu w korku. W tym samym jeszcze dniu poszliśmy na Lubań. Prosto z domu na przełaj przez las. Bez GPS było to trochę ryzykowne, szlak jest dopiero w Krościenku. Trafiliśmy, wyszliśmy na Lubań i GPS nagle ożył. Zaczęliśmy schodzić zielonym szlakiem. W pewnym momencie zagadanie zgubiliśmy szlak. Zresztą zielonym chyba być doszli już w nocy. Zaczęliśmy więc schodzić znowu na przełaj przez las. Po prostu w kierunku domu. Wieczorem pojechaliśmy jeszcze do Krościenka. Na drugi dzień wybraliśmy się do wąwozu Homole i potem dalej przez Wysoką i z powrotem przez Białą Wodę. Tu już zaczął padać deszcz. Trzeci dzień - rower. Najpiękniejsza chyba ścieżka rowerowa, wzdłuż Dunajca po stronie Słowackiej. Zamysł był taki, aby objechać dookoła jeziora. Dla Basi jednak to było zbyt wiele. Przejechaliśmy więc tamę i zawróciliśmy jadąc drugą stroną Dunajca. Tak dojechaliśmy do Kładki i nią znowu na drugą stronę i tą samą drogą do Szczawnicy. Ostatni dzień to zamki i jeziora. Zwiedziliśmy oba zamki i popływaliśmy po jeziorze. Kupiliśmy sobie też maskotkę - owieczkę. Wieczorem jeszcze siedząc w domu, a mieliśmy cały dom do dyspozycji poczułem dym. Odwróciłem się i z przerażeniem zobaczyłem wydobywające się kłęby dymu z pod podłogi. Basia zaczynała brać prysznic. Szybko kazałem jej wychodzić, pakować się i ewentualnie odjechać samochodem od domu. Uprzednio przyłożyłem rękę do podłogi - była zimna. Dzwoniąc wybiegłem do domu właścicieli. Nie odbierali, na szczęście byli w domu. Okazało się, że na dole w piwnicy jest kotłownia i coś się przytkało i dym wyszedł z pieca na kotłownię, a tym samym zaczął się przeciskać przez deski w podłodze. Po intensywnym wietrzeniu przespaliśmy już bez niespodzianek do rana.

Dłuższy opis ze zdjęciami i mapkami naszych wędrówek, mam nadzieję pojawi się niebawem na mojej stronie domowej. Póki co album z picasa:

Komentarze

marko pisze…
Piekne te Pieniny, zrobiles sporo b.dobrych i ciekawie wyglądających zdjęć, już same widoki zachecaja by zwiedzić te okolice
recoleta pisze…
Absolutnie powalające widoki! Naprawdę piękne ujęcia.