Drugi etap urlopu

Jutro jedziemy nad morze - płasko i nudno. Ale czegóż facet nie zrobi aby zadowolić swoją kobietę. Tak w ogóle to dziś mamy rocznicę ślubu :) No ale nie czas świętować dziś, bo trzeba się pakować i przygotować do wyjazdu. Swoje aparaty, kamery i inne takie spakowałem już na wszelki wypadek przed wyjazdem na Ukrainę. Kurcze trochę żałuje tej Borżawy, ale liczę i liczę i nijak mi nie wychodzi co bym dał radę na czas objechać i wrócić bez uszczerbku na zdrowiu. No dobra, na siedzeniu. Tyle pedałowania co dzień. Moje siedzenie mogłoby nie przeżyć, a przez to duma. Dziś zresztą się urobiłem okrutnie. W sobotę jak mnie nie było. Burza połamała taką dużą śliwę. Dziś ją pociąłem i uprzątnąłem z ogrodu. Potem wykosiłem u Szarika i ogród wewnętrzny. Od 10 do 17 z przerwami na uzupełnienie płynów. W pewnej chwili termometr pokazał 39 stopni. Jazda po Ukrainie, a potem jeszcze do rodziców i dzisiejsze koszenie sprawiły, że jestem czarny w odsłoniętych miejscach. Wyglądam jakbym przyjechał z nad morza, a nie dopiero jechał. Mam nadzieję, że nasz złomo-samochód przetrzyma tyle kilometrów w takim upale. Jak nie, to go chyba porzucę i pójdę kupić inny do najbliższego salonu. Powoli czas na niego przychodzi. Nie psuje się w zasadzie, ale stary już jest. Co prawda obiecałem mu jeszcze trzy lata życia. Ale ostatnio się łamię. Zastanawiam się nad jakimś może SUV-em. Przydało by się coś takiego aby wrzucić rower na tył i bez duszy na ramieniu pojechać po Konrada przez las do Zimnego Dołu. Tym też jeżdżę. Ale nasłuchuje czy czasami czegoś pod spodem nie urwałem. No i od roweru trzeba odpinać przednie koło aby wszedł do bagażnika. Do Władka, a w zasadzie do Jurka do Władka :) zabieram to dwu-litrowe piwo Ukraińskie co z takim poświęceniem taszczyłem 50 km na plecach. Jedziemy bez Konrada. Jak będzie słońce będziemy się byczyli na plaży w smrodzie z petów i na psich kupach zagrzebanych w piasku. Obsypywani ciągle piaskiem przez biegające i wrzeszczące bachory. A jak nie będzie słońca to będziemy uprawiali... ogródek u Jurka. No co? Ma taki mały skwerek pod balkonem. No to mu wyplewimy z nudów. Będziemy też chodzili na pyszne dwutygodniowe, pięć razy odgrzewane obiadki do knajpek ślizgając się na resztkach jedzenia rozdeptanego na chodnikach. Słowem będzie fajnie... Nie cierpię jeździć nad morze.

Komentarze