Niedziela pochmurna, ale i tak wybraliśmy się popołudniem na rower. Ja, Basia i jej koleżanka. Ruszyliśmy z zamiarem dojechania do Młoszowej. Pojechaliśmy przez las i Puszczę Dulowską Koleżanka jedzie bardzo wolno. Przejechaliśmy cały las do głównej drogi i zrobiło się już trochę późno, a na dodatek zaczęły nadciągać coraz ciemniejsze chmury. Podjęliśmy decyzję, że skoro tam jest tak ładnie, to nie ma co sobie psuć tego obrazu brzydką pogodą. Jedziemy na lody do Krzeszowic, a tu przyjedziemy jak pogoda dopisze. Zawróciliśmy główną drogą. Jazda powrotna przez las zaczęła grozić śmiercią z upływu krwi. W taką wilgotną pogodę w lesie są całe roje komarów i bąków. Zjechaliśmy do Krzeszowic, zjedliśmy lody i ruszyliśmy do domu. Po dosłownie 100 m zaczął kropić deszcz, który po kolejnych kilkuset przerodził się w ulewę. Na szczęście schroniliśmy się pod daszek portierni tamtejszych szklarni. Tak czekaliśmy pół godziny, ale deszcz nie przestawał obficie lać. Koleżanka zadzwoniła po swoją Mamę, która przyjechała po nas kombi. Wrzuciliśmy tam dwa rowery i dwie osoby. Ja zaczekałem aż Basia dojedzie i wróci po mni. Koleżanka jednak zadzwoniła w międzyczasie do swojego syna, który dotarł po mnie wcześniej. I tak zakończyliśmy ten uroczy, deszczowy dzień.
Komentarze