W sobotę z rana o 6:00 ruszyłem samochodem pod Wadowice, a w zasadzie za Wadowice. Chciałem pojechać na zielony szlak w Beskidzie Małym. Planowałem pojechać nim aż do Porąbki przez Kocierz. Choć zastanawiałem się jak stamtąd rozsądnie wrócić. No bo przez góry raczej nie wydolę. A na około z jednej strony czy z drugiej to kawał drogi. Chciałem wypróbować też wariant samochodowy. Czyli bez namiotu jednodniowa jazda po Beskidzie. Na miejsce startu, a w tym na parking przykościelny dotarłem o 9:00 po drodze oczywiście remonty, a jakże cała Polska remontuje się we wakacje.
Odkryłem, że jeśli jedzie się w nieznane miejsce i chce się gdzieś zostawić samochód w miarę bezpiecznie. Tak aby mieć czy wrócić nawet po paru dniach. Wystarczy zwykle poszukać kościoła. Zawsze jest jakiś parking przykościelny. Tak właśnie zrobiłem. Ruszyłem na szlak. Początek okazał się bardzo wymagający. Zielonym szlakiem wspinamy się na dość krótkim odcinku prawie pięćset metrów w pionie. Miejscami trzeba praktycznie nieść rower na plecach. Ale za to potem od Gibasowego szczytu zjeżdżamy i zjeżdżamy pięknymi leśnymi, łagodnymi traktami. Przy podjeździe jest trochę asfaltu o dziwo. Tego dnia już od samego rana żar lał się z nieba. Przy podchodzeniu na szczyt nachodziło mnie aby zrezygnować, wrócić. Ale jakoś się zmobilizowałem i dotarłem na sam szczyt. Po drodze objadłem się borówkami aż nieprzyzwoicie. Palce i wargi miałem granatowe. Na Gibasowym było ich tyle, że można było leżeć w miejscu i garściami zbierać z krzaków. Nie obyło się też bez nieoczekiwanego, gwałtownego spotkania z podłożem. I to prawie na początku. Jechałem przez łąkę i nagle jak z procy katapultowałem się z roweru. W pierwszym momencie przypomniałem sobie Tomka który pierwszego dnia po kupnie roweru miał groźny wypadek gdy zablokowało mu się przednie koło o hamulec. Na szczęście to nie awaria była przyczyną tylko pieniek schowany w trawie. Na łące było mięciutko nic kompletnie mi się nie stało. Nawet jednego otarcia nie mam. Po drodze do startu zatrzymałem się w sklepie i kupiłem sobie w puszce żołnierską golonkę. Kosztuje osiem złotych! ale warto. Wyruszyłem bez śniadania. W planach wycieczki były jaskinie.
Na zielonym szlaku jest ich wielka obfitość. Czarne działy i Lodowa. Niestety te jaskinie są w trudne w eksploracji. Lina i w większości bardzo wąskie szczeliny. Dojechałem do drogi która prowadzi na Kocierz i stwierdziłem, że nie chce mi się jechać dalej. Byłem powiem szczerze wykończony i wspinać się za Kocierzem ponownie na wielką górę jakoś mi się nie chciało. Zresztą już zwiedziliśmy tydzień wcześniej pieszo ten odcinek. Potem jeszcze wrócić, w zasadzie nie miałem pomysłu jak to zrobić w miarę rozsądnie. Nie bardzo chciało mi się objeżdżać cały Beskid dookoła. Myślę, że lepszym pomysłem będzie kiedyś pojechać z namiotem pod jezioro Międzybrodzkie i tam sobie pojeździć. Zjechałem więc na dół do głównej drogi prowadzącej do Suchej Beskidzkiej. Nią dojechałem do mojego postoju i samochodem wróciłem na 16:00 do domu. Zjeżdżając w dół do tej głównej drogi czułem jak bym wjeżdżał do pieca. Na górze w lesie był upał, ale był cień. Na dole na drodze było chyba z 35 stopni. Wypróbowałem też nowy plecak. Sprawdził się doskonale, ale na wyprawę na Ukrainę może jednak okazać się ciut za mały. Może być problem z zapakowaniem doń wszystkiego.
Odkryłem, że jeśli jedzie się w nieznane miejsce i chce się gdzieś zostawić samochód w miarę bezpiecznie. Tak aby mieć czy wrócić nawet po paru dniach. Wystarczy zwykle poszukać kościoła. Zawsze jest jakiś parking przykościelny. Tak właśnie zrobiłem. Ruszyłem na szlak. Początek okazał się bardzo wymagający. Zielonym szlakiem wspinamy się na dość krótkim odcinku prawie pięćset metrów w pionie. Miejscami trzeba praktycznie nieść rower na plecach. Ale za to potem od Gibasowego szczytu zjeżdżamy i zjeżdżamy pięknymi leśnymi, łagodnymi traktami. Przy podjeździe jest trochę asfaltu o dziwo. Tego dnia już od samego rana żar lał się z nieba. Przy podchodzeniu na szczyt nachodziło mnie aby zrezygnować, wrócić. Ale jakoś się zmobilizowałem i dotarłem na sam szczyt. Po drodze objadłem się borówkami aż nieprzyzwoicie. Palce i wargi miałem granatowe. Na Gibasowym było ich tyle, że można było leżeć w miejscu i garściami zbierać z krzaków. Nie obyło się też bez nieoczekiwanego, gwałtownego spotkania z podłożem. I to prawie na początku. Jechałem przez łąkę i nagle jak z procy katapultowałem się z roweru. W pierwszym momencie przypomniałem sobie Tomka który pierwszego dnia po kupnie roweru miał groźny wypadek gdy zablokowało mu się przednie koło o hamulec. Na szczęście to nie awaria była przyczyną tylko pieniek schowany w trawie. Na łące było mięciutko nic kompletnie mi się nie stało. Nawet jednego otarcia nie mam. Po drodze do startu zatrzymałem się w sklepie i kupiłem sobie w puszce żołnierską golonkę. Kosztuje osiem złotych! ale warto. Wyruszyłem bez śniadania. W planach wycieczki były jaskinie.
Na zielonym szlaku jest ich wielka obfitość. Czarne działy i Lodowa. Niestety te jaskinie są w trudne w eksploracji. Lina i w większości bardzo wąskie szczeliny. Dojechałem do drogi która prowadzi na Kocierz i stwierdziłem, że nie chce mi się jechać dalej. Byłem powiem szczerze wykończony i wspinać się za Kocierzem ponownie na wielką górę jakoś mi się nie chciało. Zresztą już zwiedziliśmy tydzień wcześniej pieszo ten odcinek. Potem jeszcze wrócić, w zasadzie nie miałem pomysłu jak to zrobić w miarę rozsądnie. Nie bardzo chciało mi się objeżdżać cały Beskid dookoła. Myślę, że lepszym pomysłem będzie kiedyś pojechać z namiotem pod jezioro Międzybrodzkie i tam sobie pojeździć. Zjechałem więc na dół do głównej drogi prowadzącej do Suchej Beskidzkiej. Nią dojechałem do mojego postoju i samochodem wróciłem na 16:00 do domu. Zjeżdżając w dół do tej głównej drogi czułem jak bym wjeżdżał do pieca. Na górze w lesie był upał, ale był cień. Na dole na drodze było chyba z 35 stopni. Wypróbowałem też nowy plecak. Sprawdził się doskonale, ale na wyprawę na Ukrainę może jednak okazać się ciut za mały. Może być problem z zapakowaniem doń wszystkiego.


Komentarze