Kupa kamienia i parę worków cementu.

Wczoraj jadąc od Mamy Basia wstąpiła do A. aby mu powiedzieć, że Mama znowu w szpitalu. Na podwórku był na szczęście S. Przecież dzwonka do bramki nie mają, a jest pies. Powiedziała mu, choć... no nazwijmy to nie jest zbyt rozgarnięty i była obawa, że w ogóle nie zrozumiał. Dziś z samego rana jednak A. się u nas pojawił. Z progu spytał kiedy jedziemy, bo on musi stracić cały dzień, a my samochodem... No ja miałem nadzieję, że właśnie nie będziemy musieli pojechać choć jeden dzień w niedziele, bo on pojedzie. Wiem mam niewyparzoną gębę i powiedziałem, że Basia jest co dzień i chcielibyśmy odpocząć w niedziele. I co obraził się, że nie chcemy go zawieźć i zawinął na pięcie i wyszedł !?! A ja zostałem z rozdziawioną paszczą. Dobre pięć minut chłonąłem. Odechciało mi się robić śniadania. A gdzie pytanie jak się Mama czuje, gdzie jest w szpitalu ??? No wygląda na to, że jednak trzeba jutro jechać. Sprawdziłem na internecie PKP z dworca na Kopernika można dojść w 10-15 min. Pociąg jedzie 21 min do Krakowa. Z domu na peron ma niecałe 10 min. Będąc u mamy nawet godzinę. Straciłby 4-5 godzin maksymalnie w zależności który pociąg wybierze. To aż tak wiele aby poświęcić nawet raz w miesiącu ??? Wszystko wskazuje na to, że z Mamą jest bardzo źle. Może się okazać, że ten rok będzie ostatnim. Zanosi się na to co było jak Mama trafiła na wózek. Już jest prawie hardkorowo. Dwa, trzy razy w tygodniu alarmy i decyzje przeczekać/dzwonić.

No ale dość o tym, życie biegnie dalej, trzeba zeń korzystać ile się da. O 9:30 poszedłem na ogród murować. Pogoda jak z bajki. Aż żal było. Rower czeka w kotłowni. Ale murowanie mnie też ostatnio strasznie nakręca. Taką pracę uwielbiam. Człowiek się narobi, ale z godziny na godzinę widać efekty. Do tego drzewka, do następnego, do tego załomu, do kolejnego zakrętu. Małe mierzalne etapy. W taki sposób osiąga się szczęście. Nie kolejny milion na koncie, nie nowy jacht, kolejny dom, samochód. A kolejny kamień w murze i człowiek jest szczęśliwy jak dziecko. Tak strasznie się staramy i meczymy, a do szczęścia wystarczy kupa kamieni i kilka worków cementu. Z przerwą godzinną około 15:00 gdzie wrzuciłem coś na ruszt, w zasadzie na stojąco, bo trzeba było skoczyć na zakupy do Rudawy. Skończyłem o 19:30! Pół godziny odsapnąć. I do biegu gotowi. Ledwo nadążyłem za Basią. Dziś wymurowałem dookoła. Został tylko próg przez środek. Jakieś 3 metry i podest pod kominek. To nie będzie łatwe. Pewnie zajmie kilka dni. Jeśli tylko z Mamą sprawa się nie skomplikuje może uda się skończyć do końca tygodnia. Potem zamówić kamień do wysypania. Następnie wypadało by wypożyczyć ubijarkę mechaniczną. Potem już zostanie decyzja jaką posadzkę tam robimy. W zasadzie z jakich płyt. Wapień, piaskowiec czy jeszcze coś innego. To niestety będzie kosztowało sporo. Sam kamień, no i jakoś go trzeba zespolić z podłożem nie mam pomysłu na razie. Ale chyba też na zaprawie to zrobię. Trochę tam metrów kwadratowych będzie. Myślę, że około 30-40 Ale miejsce do siedzenia będzie rewelacyjne. W zasadzie na samym kamieniu bez tych płyt można by siedzieć. Ale z takich płyt posadzka będzie śliczna. No i trwała, łatwiejsza w utrzymaniu czystości. Już narodził się pomysł aby bezpośrednio za ogrodzeniem przylegającym, a oddzielającym ogród wewnętrzny od zewnętrznego zrobić altankę. Idealnie. Kiedyś chcę usunąć to ogrodzenie i zrobić niski płotek z balasek. Teraz nie chcę tego robić, bo Szarik nic by nie widział. Ale pies ma już 13 lat. Psisko długo nie pożyje. A Konrad już duży nie musi się wychowywać ze zwierzętami. Następnego psa nie będzie. Do altanki z tego miejsca wchodziło by się schodkami. W każdym razie przewidziałem tam miejsce na schodki. Nie wiem czy nawet nie wymuruję od razu. Albo podest pod kominek tak przedłużę aby stanowił właśnie schodek.

Komentarze

marko pisze…
Masz ochote i zapal do tylu zmian najwazniejszy pomysl ale i checi nie brakuje, moze zrobisz pare fotek z cyklu jak powstaja mury, pozdrawiam