Zebrałem się z rana i pojechałem w okolice Doliny Będkowskiej, w zasadzie prawie na jej koniec. Miałem ambitny plan aby przejść ją całą pieszo. Ponad dziesięć kilometrów w jedną stronę. Ale głównym moim celem miała być penetracja Jaskini na Tomaszówkach Dolnych. Tak mi się przypomniała przy okazji odpisywania pewnej czytelniczce mojego bloga. Pomyślałem sobie, że po przejściu w warunkach śniegowych takiej odległości nie będę miał już ochoty na jaskinie. Kiedyś tak zrobiłem. Zaplanowałem trzy jaskinie pieszo. Efekt był taki, że po dojściu dziesięciu kilometrów do pierwszej i spędzeniu w niej prawie dwóch godzin na filmowaniu i fotografowaniu. Miałem ochotę się położyć, a nie drałować jeszcze z powrotem. Podjechałem więc w takie miejsce aby około kilometra przy granicy lasu dojść do jaskini.
Zaplanowałem też oczywiście Łabajową tak lajtowo i tą na Tomaszówkach. Zostawiłem samochód przy drodze bacząc tylko aby jak najbardziej odsunąć się od drogi, a jednocześnie nie wpaść do zasypanego śniegiem rowu. Sprawdziłem grunt i jeszcze raz przeparkowałem. Ruszyłem polną drogą która po pięćdziesięciu metrach po ostatnim domu zniknęła zupełnie pod śniegiem. Po około dwudziestu dalszych okazało się, że jest ponad pół metra śniegu. Zapadałem się po kolana, a miejscami po pas. Jedynie na większych wzgórzach śnieg na tyle był przewiany, że utrzymywał mój nie mały ciężar. Ja i dziesięć kilo sprzętu na plecach. Najgorsze było przejście przez kotliny i połamane od lodu zagajniki z głębokimi parowami. Dwa razy musiałem się przeczołgać po zaspie. Darowałem sobie dojście do Łabajowej. Obrałem kurs na Tomaszówki. Cała droga to nieco ponad kilometr. Szedłem półtorej godziny! Najgorsze, że nieświadomy takiego śniegu ubrałem zwykłe spodnie i zwykłe buty. Nie miałem ochraniaczy przeciwśniegowych. Szczęście, że zabrałem czapkę i rękawiczki, co prawda z uwagi na jaskinie. Nie mam kasku, a tylko czapkę na wypadek zawadzenia o strop. Taka krótka wełniana. I rękawiczki robocze z kastoramy. Nie lubię chodzić w czapce i rękawiczkach zimą. Zakładam dopiero od -5 a wczoraj było ciepło. Na domiar złego zaczęło obficie sypać śniegiem. Wreszcie doczłapałem do tej jaskini mijając po drodze połamany las. Wygląda to strasznie. Główne wejście jaskini zawalone połamanymi konarami. Przecisnąłem się przez boczne.
W tej jaskini jest studnia. Wyczytałem, że można wejść na zapieraczkę. Nie jest pionowa, tylko trochę pozioma. Z początku myślałem, że wejście do niej jest taką boczną odnogą. Jednak jak wcisnąłem się do końca jaskini. Okazało się, że trzeba by się naprawdę starać aby w nią wpaść. Wejście do niej jest jakieś dwa metry od dna jaskini. Oczywiście wspiąłem się tam i zajrzałem. Owszem można zejść na zapieraczkę, ale bez liny i asekuracji to samobójstwo. Zrobiłem kilka zdjęć i nakręciłem film. Wróciłem tą samą drogą fotografując ten nieszczęsny las. Film i zdjęcia z lasu pewnie udostępnię w przyszłym tygodniu. Wracałem przez te śniegi w spodniach jaskiniowych, są podgumowane.
Zaplanowałem też oczywiście Łabajową tak lajtowo i tą na Tomaszówkach. Zostawiłem samochód przy drodze bacząc tylko aby jak najbardziej odsunąć się od drogi, a jednocześnie nie wpaść do zasypanego śniegiem rowu. Sprawdziłem grunt i jeszcze raz przeparkowałem. Ruszyłem polną drogą która po pięćdziesięciu metrach po ostatnim domu zniknęła zupełnie pod śniegiem. Po około dwudziestu dalszych okazało się, że jest ponad pół metra śniegu. Zapadałem się po kolana, a miejscami po pas. Jedynie na większych wzgórzach śnieg na tyle był przewiany, że utrzymywał mój nie mały ciężar. Ja i dziesięć kilo sprzętu na plecach. Najgorsze było przejście przez kotliny i połamane od lodu zagajniki z głębokimi parowami. Dwa razy musiałem się przeczołgać po zaspie. Darowałem sobie dojście do Łabajowej. Obrałem kurs na Tomaszówki. Cała droga to nieco ponad kilometr. Szedłem półtorej godziny! Najgorsze, że nieświadomy takiego śniegu ubrałem zwykłe spodnie i zwykłe buty. Nie miałem ochraniaczy przeciwśniegowych. Szczęście, że zabrałem czapkę i rękawiczki, co prawda z uwagi na jaskinie. Nie mam kasku, a tylko czapkę na wypadek zawadzenia o strop. Taka krótka wełniana. I rękawiczki robocze z kastoramy. Nie lubię chodzić w czapce i rękawiczkach zimą. Zakładam dopiero od -5 a wczoraj było ciepło. Na domiar złego zaczęło obficie sypać śniegiem. Wreszcie doczłapałem do tej jaskini mijając po drodze połamany las. Wygląda to strasznie. Główne wejście jaskini zawalone połamanymi konarami. Przecisnąłem się przez boczne.
W tej jaskini jest studnia. Wyczytałem, że można wejść na zapieraczkę. Nie jest pionowa, tylko trochę pozioma. Z początku myślałem, że wejście do niej jest taką boczną odnogą. Jednak jak wcisnąłem się do końca jaskini. Okazało się, że trzeba by się naprawdę starać aby w nią wpaść. Wejście do niej jest jakieś dwa metry od dna jaskini. Oczywiście wspiąłem się tam i zajrzałem. Owszem można zejść na zapieraczkę, ale bez liny i asekuracji to samobójstwo. Zrobiłem kilka zdjęć i nakręciłem film. Wróciłem tą samą drogą fotografując ten nieszczęsny las. Film i zdjęcia z lasu pewnie udostępnię w przyszłym tygodniu. Wracałem przez te śniegi w spodniach jaskiniowych, są podgumowane.


Komentarze