Z okazji wczorajszych Walentynek kupiliśmy sobie płytę CD z soundtrackiem z filmu Nine. Zgrałem sobie na palmtopa i dziś słuchałem w pracy. Na filmie nie podobały mi się tak te nagrania, jak na CD. Wieczorem dokończyliśmy Kijafę, choć miałem opory, bo od ostatniego oddawania krwi minęły już prawie cztery tygodnie i w tym tygodniu mogą mnie wezwać na płytki. Zamówiliśmy sobie też film w promocji z "N" za jedyne 4 zł "Kochaj i Tańcz" Basia potem jeszcze oglądnęła "Nigdy w Życiu" Jakoś przeżyłem te dwa filmy. Pod koniec drugiego poszedłem już czytać "Długi Marsz" Dobrze napisana książka. Mimo tak przygnębiających opisywanych wydarzeń człowiek nie ma ochoty iść się powiesić na strych. Jak to ma miejsce przy czytaniu większości lektur szkolnych traktujących o martyrologi polskiej. Autor opisuje to w taki dość luźny sposób. Mimo poniżanych i umierających wokół ludzi udaje mu się utrzymać kontrolę nad swoim życiem. Może to z perspektywy czasu tak pisze, ale po trochu ma się wrażenie czytania opisu jakiejś ekstremalnej przygody, a nie upodlenia ludzi.
Dziś znowu akcja szpital, kolejny dzień i dowiadujemy się, że Mama nie wyjdzie. Dostała takie urządzenie monitorujące ciśnienie. Moja delegacja się przesunęła na czwartek i wszystko wskazuje na to, że Mama wyjdzie we czwartek. Niestety zostanie do piątku. Nikt "dupy" nie ruszy z fotela przed TV aby pomóc Basi. A ja nie mogę odwołać wyjazdu. Jest śnieg i Basia sama nie dopcha wózka z Mamą do parkingu szpitalnego. Zresztą nie dźwignie jej do samochodu. Konrad wraca we czwartek późno ze szkoły więc w domu też nie miałby kto jej pomóc. Ja wrócę pewnie po 20:00 Nikt pacjenta o tej godzinie nie wypisze.
Dziś odkryłem jeszcze jedno kuriozum którego udaje mi się doświadczyć po raz kolejny. Nie wiem czy ja jestem jakiś taki naiwny czy mam po prostu pecha. W tamtym roku sprzedałem jednemu znajomemu dwie pary starych nart, butów i kijów dla dzieci. Nie pamiętam kwoty, ale było to chyba nieco ponad 100 zł za wszystko. Dał mi połowę kwoty i powiedział, że resztę przyniesie jutro. Minął rok i nie zobaczyłem drugiej połowy. Mieszka kilka domów dalej, widzimy się często. Miesiąc temu sprzedałem całkiem porządne narty Konrada koleżance Basi, też za 150 zł. Kosztowały mnie chyba 700 zł z wiązaniami o ile pamiętam. Kupione nowe w sklepie. Zapytała czy może mi dać te 150 zł po pensji. Zbliża się kolejna pensja i nic. Też mieszka nieopodal, ba co dzień widzi się z Basią. Nawet w niedzielę chwaliła się, że jedzie na narty. Co to jest, nie pojmuję tego. Czy mam na czole napisane frajer? Głupio mi się upominać o swoje. Ale takie zachowanie jest dla mnie niepojęte. Poniekąd czuję się jakby mnie ktoś okradł. W sobotę chcę jechać na giełdę narciarską i kupić sobie jakiś tani komplet SkiTourowy. Wymyśliłem sobie po ostatniej przeprawie śniegowej do jaskini, że fajnie byłoby tak z domu pójść na nartach tam przez pola i dolinę. Niewykluczone, że kupię sobie biegówki, choć SkiTourowe będą jak znalazł w Tatry. NIe chciałbym jednak wydać więcej niż 300-500 zł Na razie bez butów. Mam takie czarne o dwa numery za duże. Na razie one posłużą za buty SkiTourowe. No i jak już mowa o jaskini, to złożyłem film z jaskini. Nie mam czasu na jakiś profesjonalny montaż, a i mój komentarz na tym filmie brzmi kretyńsko. Ale co mi tam.
Dziś znowu akcja szpital, kolejny dzień i dowiadujemy się, że Mama nie wyjdzie. Dostała takie urządzenie monitorujące ciśnienie. Moja delegacja się przesunęła na czwartek i wszystko wskazuje na to, że Mama wyjdzie we czwartek. Niestety zostanie do piątku. Nikt "dupy" nie ruszy z fotela przed TV aby pomóc Basi. A ja nie mogę odwołać wyjazdu. Jest śnieg i Basia sama nie dopcha wózka z Mamą do parkingu szpitalnego. Zresztą nie dźwignie jej do samochodu. Konrad wraca we czwartek późno ze szkoły więc w domu też nie miałby kto jej pomóc. Ja wrócę pewnie po 20:00 Nikt pacjenta o tej godzinie nie wypisze.
Dziś odkryłem jeszcze jedno kuriozum którego udaje mi się doświadczyć po raz kolejny. Nie wiem czy ja jestem jakiś taki naiwny czy mam po prostu pecha. W tamtym roku sprzedałem jednemu znajomemu dwie pary starych nart, butów i kijów dla dzieci. Nie pamiętam kwoty, ale było to chyba nieco ponad 100 zł za wszystko. Dał mi połowę kwoty i powiedział, że resztę przyniesie jutro. Minął rok i nie zobaczyłem drugiej połowy. Mieszka kilka domów dalej, widzimy się często. Miesiąc temu sprzedałem całkiem porządne narty Konrada koleżance Basi, też za 150 zł. Kosztowały mnie chyba 700 zł z wiązaniami o ile pamiętam. Kupione nowe w sklepie. Zapytała czy może mi dać te 150 zł po pensji. Zbliża się kolejna pensja i nic. Też mieszka nieopodal, ba co dzień widzi się z Basią. Nawet w niedzielę chwaliła się, że jedzie na narty. Co to jest, nie pojmuję tego. Czy mam na czole napisane frajer? Głupio mi się upominać o swoje. Ale takie zachowanie jest dla mnie niepojęte. Poniekąd czuję się jakby mnie ktoś okradł. W sobotę chcę jechać na giełdę narciarską i kupić sobie jakiś tani komplet SkiTourowy. Wymyśliłem sobie po ostatniej przeprawie śniegowej do jaskini, że fajnie byłoby tak z domu pójść na nartach tam przez pola i dolinę. Niewykluczone, że kupię sobie biegówki, choć SkiTourowe będą jak znalazł w Tatry. NIe chciałbym jednak wydać więcej niż 300-500 zł Na razie bez butów. Mam takie czarne o dwa numery za duże. Na razie one posłużą za buty SkiTourowe. No i jak już mowa o jaskini, to złożyłem film z jaskini. Nie mam czasu na jakiś profesjonalny montaż, a i mój komentarz na tym filmie brzmi kretyńsko. Ale co mi tam.

Komentarze