Pierwsze narty

Pierwszy raz w tym roku wybraliśmy się na narty. Ktoś zaproponował "Śnieżnicę" W Kasinie Wielkiej jest stok o długości 1400 metrów. Całkiem fajna górka. Do tej pory byłem przeciwnikiem jeżdżenia na nartach z pagórków. W Polsce istniały dla mnie dwie góry z których można było jeździć. Kasprowy i Gubałówka. Nie żebym aż takim dobrym narciarzem był. Ale jakoś tak zawsze wydawało mi się, że nie ma sensu tracić czasu na jakieś tam pagórki. Okazuje się jednak, że to doskonała jednodniowa jazda. Wyjechaliśmy po jedenastej. Zawieźliśmy Konrada na zawody wspinaczkowe do Krakowa na dwunastą, a my przez Wieliczkę i Dobczyce w godzinę zajechaliśmy na stok. Pięć godzin jazdy za 50 zł + 5 zł parking. Stok w miarę przygotowany. Piękne słońce. Mróz -15 skutecznie przegonił ludzi. Ze stoku prosto do bramek. Bardzo mi się podobało i chcę więcej. Okazało się wieczorem w przeddzień wyjazdu, że Kinga - kuzynka też jedzie, ale obok do Laskowej. Zdzwoniliśmy się, ale nie zdecydowaliśmy się pojechać dalej do Laskowej. W następną sobotę najprawdopodobniej się tam wybierzemy. Pojechała jeszcze z nami Teresa przyjaciółka Basi. W rozmowie ze mną twierdziła, że umie jeździć na nartach. Niestety dla każdego znaczy to co innego. Na miejscu, zobaczywszy górę stwierdziła, że za nic nie zjedzie z tej góry. Na szczęście na samym dole był ogródek dla dzieci z orczykiem kilkudziesięciometrowym. Jeździła tam przez dwie godziny. Potem zdecydowała się jednak pojechać z nami na górę. Okazało się, że kupiła karnet za czterdzieści złotych + dziesięć kaucja. Zamiast kupić po prostu jeden wjazd za 7 zł. Efekt był taki, że nie bardzo umiała zsiąść z krzesełka i na górze okazało się, że ona kompletnie jeździć nie umie. Nie potrafi nawet jeździć pługiem. Jedynie potrafi zapierać się nogami niby pługiem i tak zsuwać metr po metrze. Jak zachęciłem ją do tego aby troszeczkę nabrała prędkości, to od razu z piskiem się przewracała. Zdążyliśmy zjechać trzykrotnie zanim zsunęła się z góry na dół. Trwało to około pół godziny, po czym oddała komuś bilet za 10 zł. Czyli w zasadzie za darmo na ponad cztery godziny jeżdżenia. On odda go do kasy na koniec i też dostanie dziesięć złotych zwrotu kaucji. Nie chcieliśmy rezygnować z dalszej jazdy. Ona poszła sobie na herbatę i coś zjeść. My w tym czasie dalej jeździliśmy. Basia poddała się około 17:00 jak zaczęło się robić ciemno i coraz zimniej. Poszła też coś przekąsić i się rozgrzać. Ja jeszcze pojeździłem sam około pół godziny i też zszedłem. Też sprzedałem bilet za 10 zł. Był ważny do 18:00. Tyle bym dostał w kasie, a ktoś sobie zjedzie parę razy za darmo. Coraz więcej takich stoków robi się w pobliżu Krakowa, naprawdę jest to niezła alternatywa do Słowacji. Można pojechać po pracy na kilka godzin. Stok jest czynny do 21:00 Oświetlony. Z samego Krakowa to jest czterdzieści minut jazdy. Na koniec sprzedałem Teresie narty po Konradzie z wiązaniami i kijami. Bo nie ma swoich tylko pożyczyła nasze stare Konradowe. Tak więc nas wyjazd nie kosztował nic :)

Komentarze

recoleta pisze…
Bardzo ładne miejsce i faktycznie, super warunki.
marko pisze…
Wyglada calkiem bajecznie, swietne zdjecia!