Zaczęło się już wczoraj. Nie kupiliśmy choinki. Wiem trochę późno. Co roku obiecuję sobie, że kupimy wcześniej i co roku zostawiamy na ostatnią chwilę. Wszystko przez to, że robimy to razem.
Jeśli Basia by nie krytykowała mojego wyboru robiłbym to sam. Ale zawsze ma jakieś problemy, a to gałązki krzywe, a to ich za mało u wierzchołka, a to za dużo na dole. No i co z tego, musi być doskonała, perfekcyjna? Do jej wyboru też mógłbym się przyczepić, ale szanuję czyjś wybór. Choćby po to aby mu nie sprawiać przykrości. Ciasto też może być za bardzo lub za mało słodkie. Jak się ktoś chce czepiać, to zawsze znajdzie powód. Wczoraj jej nie kupiliśmy z powodu małego wyboru. Postanowiliśmy dziś rano pojechać na giełdę kwiatową. Tam wcześnie rano sprzedają też drzewka, krzewy i wszystko co wiąże się z ogrodem. Wybór szóstej godziny na pobudkę był wspólną decyzją, a przynajmniej tak mi się zdawało. Skoro nie było sprzeciwu. Zresztą nawet nie pamiętam czyja to była propozycja. Dziś rano Basia wstała o tej szóstej wściekła. Oczywiście zaczęła krytykować tak wczesną porę na wstawanie. Pojechaliśmy dopiero o siódmej. Wybór choinek był ogromny, kupiliśmy, taką o dwóch czubkach. Rozgałęzia się u szczytu. Już sobie wyobrażam jakbym sam taką przyniósł do domu. Mnie się taka bardzo podoba, jest wyjątkowa. Choć zdziwiła mnie ta decyzja. Wygląda jakby stały dwie choinki w domu.
Przedwczoraj już, też coś złego zaczęło się dziać ze spustem wody w WC. Zalałem go specjalnym płynem na noc. Dziś się okazało, że jest zatkany prawie na amen. Spływa woda, ale bardzo powoli. Rano pojechałem i kupiłem tkz. żmijkę. Taką trzymetrową. Była jeszcze piętnastometrowa i taka gruba. Kosztowała jednak 99 zł. Po półgodzinie babrania się. Dałem za wygraną. Weszła mi cała trzymetrowa i nic. Byłem przekonany, że zatkało się gdzieś głębiej. Obdzwoniłem okolicznych hydraulików i okazało się, że wszyscy już na świętach. Nawet jeździłem po okolicy i chyba z godzinę szukałem, gdzie pamiętałem firmy zajmujące się hydrauliką. Wreszcie znalazłem pogotowie hydrauliczne w Krakowie. Przyjechali w godzinę. Zrobili. Cena mnie powaliła. Okazało się, że wpadł koszyczek czego nie zauważyliśmy. Wystarczyło po prostu zdjąć muszlę. Zatrzymał się na samym koniuszku. Czemu nie przyszło mi to do głowy. Byłem przekonany, że zatkanie jest gdzieś głęboko w rurze. Żmijka musiała przechodzić jakimś cudem obok jak kręciłem. Jestem wściekły na siebie, że nie odkręciłem muszli. Zresztą spuszczanie wody też wskazywało na takie zatkanie, gdzieś głębiej. Coraz gorzej ze mną przez tą pracę informatyka. Cierpi na tym manualna strona męskości. Wszystko chce rozwiązywać logiką a nie młotkiem. A czasami wystarczy walnąć młotkiem.
Przypomniały mi się moje pierwsze Święta Wielkanocne w tym domu. Woda w domu była jeszcze wtedy ze studni, tłoczona pompą głębinową. Niestety na dzień przed świętami zepsuł się silnik do pompy. Teść, jeszcze wtedy żył, pojechał i kupił tego samego dnia. Pompa była umieszczona wraz z silnikiem w takiej pięciometrowej studzience obok studni. Oczywiście roztopy spowodowały zatopienie i silnik padł. Wodę wybieraliśmy parę godzin. Potem, muł i na koniec zasypaliśmy piaskiem. Okazało się, że nowy silnik nie pasuje do pompy. Teść jakimś cudem załatwił pompę pasującą do nowego silnika. Dawniej ludzie na wsiach mieli różne rzeczy. Złożyliśmy wszystko do kupy i okazało się, że teraz nie mieści się to do studzienki. Kręgi miały 80 cm. No więc podjęliśmy decyzję, że będziemy na zmianę kuć beton na dnie studzienki. Brakowało dosłownie paru centymetrów aby się zmieściło. To już był pierwszy dzień świąt. Po kilku godzinach kucia wszystko wreszcie się zmieściło i zadziałało. Woda popłynęła. Ale w głowie kołatało mi się jedno, czy przeprowadzka na wieś, dla mnie miastowego, to dobry pomysł.
Z wodociągiem jest związana jeszcze jedna bardzo krótka historia która o mało nie skończyła się dla mnie końcem historii. Otóż w piwnicy był tak zwany hydrofor. To taki wielki dwustulitrowy zbiornik. Do którego pompa tłoczy wodę. Tam jest tkz. poduszka powietrzna mająca za zadanie zrobienie odpowiedniego ciśnienia w instalacji wodnej w domu. Coś, już nie pamiętam co się w nim popsuło, ale trzeba było zeń spuścić wodę. Ja za życia Teścia nie miałem pojęcia co do czego jest w domu. Poprosił mnie, abym odkręcił zawór, a on podstawi wiadro. Zacząłem kręcić i nagle zawór wystrzelił jak rakieta i wbił się w betonowy strop piwnicy na kilka centymetrów. Chwilę przedtem zmieniłem pozycję. Byłem wcześniej nachylony nad zaworem.
Rano na deszczu myłem samochód. Dwa dni temu było -20 a dziś rano jest +7 Fajne te deszczowe święta będą. Nie wspomnę jeszcze, że jak tylko hydraulik sobie poszedł, to padł internet, ale pogmerałem trochę w skrzynce z urządzeniami do internetu. W końcu wyłączyłem zasilacze. Odczekałem pięć minut. Włączyłem ponownie i o dziwo działa. No i wczoraj wieczorem dekoder "N" się zawiesił jak Basia chciała oglądać durnowaty serial. Też mi się dostało zanim go zresetowałem. A i pies jakoś tak krzywo się na mnie patrzy od paru dni. Wieje i w ogóle do dupy jest.
Jutro z rana jadę do Doliny Będkowskiej kupić ryby z hodowlanych stawów. Kupujemy zawsze pstrągi. Łowią i na miejscu patroszą. Tym razem chcę kupić takie "ruskie" ryby. Podobno rarytas, są prawie dwa razy droższe od pstrąga, ale zapomniałem jak się nazywają. Zastanawiam się jaka krytyka mnie spotka jak je kupię. Basia też się na nie zdecydowała, ale pewnie nie będą smakowały, albo będą za małe, za duże, za... coś się na pewno znajdzie. Tęsknię za czasami gdy kobiety głodowały dwa tygodnie w jaskini, a mężczyźni w końcu przynosili bawoła z polowania. Były wtedy ogromnie wdzięczne bez względu na jego wygląd i wszyscy żyli długo i szczęśliwie dopóki ich jakiś tygrys nie zeżarł.
Jeśli Basia by nie krytykowała mojego wyboru robiłbym to sam. Ale zawsze ma jakieś problemy, a to gałązki krzywe, a to ich za mało u wierzchołka, a to za dużo na dole. No i co z tego, musi być doskonała, perfekcyjna? Do jej wyboru też mógłbym się przyczepić, ale szanuję czyjś wybór. Choćby po to aby mu nie sprawiać przykrości. Ciasto też może być za bardzo lub za mało słodkie. Jak się ktoś chce czepiać, to zawsze znajdzie powód. Wczoraj jej nie kupiliśmy z powodu małego wyboru. Postanowiliśmy dziś rano pojechać na giełdę kwiatową. Tam wcześnie rano sprzedają też drzewka, krzewy i wszystko co wiąże się z ogrodem. Wybór szóstej godziny na pobudkę był wspólną decyzją, a przynajmniej tak mi się zdawało. Skoro nie było sprzeciwu. Zresztą nawet nie pamiętam czyja to była propozycja. Dziś rano Basia wstała o tej szóstej wściekła. Oczywiście zaczęła krytykować tak wczesną porę na wstawanie. Pojechaliśmy dopiero o siódmej. Wybór choinek był ogromny, kupiliśmy, taką o dwóch czubkach. Rozgałęzia się u szczytu. Już sobie wyobrażam jakbym sam taką przyniósł do domu. Mnie się taka bardzo podoba, jest wyjątkowa. Choć zdziwiła mnie ta decyzja. Wygląda jakby stały dwie choinki w domu.Przedwczoraj już, też coś złego zaczęło się dziać ze spustem wody w WC. Zalałem go specjalnym płynem na noc. Dziś się okazało, że jest zatkany prawie na amen. Spływa woda, ale bardzo powoli. Rano pojechałem i kupiłem tkz. żmijkę. Taką trzymetrową. Była jeszcze piętnastometrowa i taka gruba. Kosztowała jednak 99 zł. Po półgodzinie babrania się. Dałem za wygraną. Weszła mi cała trzymetrowa i nic. Byłem przekonany, że zatkało się gdzieś głębiej. Obdzwoniłem okolicznych hydraulików i okazało się, że wszyscy już na świętach. Nawet jeździłem po okolicy i chyba z godzinę szukałem, gdzie pamiętałem firmy zajmujące się hydrauliką. Wreszcie znalazłem pogotowie hydrauliczne w Krakowie. Przyjechali w godzinę. Zrobili. Cena mnie powaliła. Okazało się, że wpadł koszyczek czego nie zauważyliśmy. Wystarczyło po prostu zdjąć muszlę. Zatrzymał się na samym koniuszku. Czemu nie przyszło mi to do głowy. Byłem przekonany, że zatkanie jest gdzieś głęboko w rurze. Żmijka musiała przechodzić jakimś cudem obok jak kręciłem. Jestem wściekły na siebie, że nie odkręciłem muszli. Zresztą spuszczanie wody też wskazywało na takie zatkanie, gdzieś głębiej. Coraz gorzej ze mną przez tą pracę informatyka. Cierpi na tym manualna strona męskości. Wszystko chce rozwiązywać logiką a nie młotkiem. A czasami wystarczy walnąć młotkiem.
Przypomniały mi się moje pierwsze Święta Wielkanocne w tym domu. Woda w domu była jeszcze wtedy ze studni, tłoczona pompą głębinową. Niestety na dzień przed świętami zepsuł się silnik do pompy. Teść, jeszcze wtedy żył, pojechał i kupił tego samego dnia. Pompa była umieszczona wraz z silnikiem w takiej pięciometrowej studzience obok studni. Oczywiście roztopy spowodowały zatopienie i silnik padł. Wodę wybieraliśmy parę godzin. Potem, muł i na koniec zasypaliśmy piaskiem. Okazało się, że nowy silnik nie pasuje do pompy. Teść jakimś cudem załatwił pompę pasującą do nowego silnika. Dawniej ludzie na wsiach mieli różne rzeczy. Złożyliśmy wszystko do kupy i okazało się, że teraz nie mieści się to do studzienki. Kręgi miały 80 cm. No więc podjęliśmy decyzję, że będziemy na zmianę kuć beton na dnie studzienki. Brakowało dosłownie paru centymetrów aby się zmieściło. To już był pierwszy dzień świąt. Po kilku godzinach kucia wszystko wreszcie się zmieściło i zadziałało. Woda popłynęła. Ale w głowie kołatało mi się jedno, czy przeprowadzka na wieś, dla mnie miastowego, to dobry pomysł.
Z wodociągiem jest związana jeszcze jedna bardzo krótka historia która o mało nie skończyła się dla mnie końcem historii. Otóż w piwnicy był tak zwany hydrofor. To taki wielki dwustulitrowy zbiornik. Do którego pompa tłoczy wodę. Tam jest tkz. poduszka powietrzna mająca za zadanie zrobienie odpowiedniego ciśnienia w instalacji wodnej w domu. Coś, już nie pamiętam co się w nim popsuło, ale trzeba było zeń spuścić wodę. Ja za życia Teścia nie miałem pojęcia co do czego jest w domu. Poprosił mnie, abym odkręcił zawór, a on podstawi wiadro. Zacząłem kręcić i nagle zawór wystrzelił jak rakieta i wbił się w betonowy strop piwnicy na kilka centymetrów. Chwilę przedtem zmieniłem pozycję. Byłem wcześniej nachylony nad zaworem.
Rano na deszczu myłem samochód. Dwa dni temu było -20 a dziś rano jest +7 Fajne te deszczowe święta będą. Nie wspomnę jeszcze, że jak tylko hydraulik sobie poszedł, to padł internet, ale pogmerałem trochę w skrzynce z urządzeniami do internetu. W końcu wyłączyłem zasilacze. Odczekałem pięć minut. Włączyłem ponownie i o dziwo działa. No i wczoraj wieczorem dekoder "N" się zawiesił jak Basia chciała oglądać durnowaty serial. Też mi się dostało zanim go zresetowałem. A i pies jakoś tak krzywo się na mnie patrzy od paru dni. Wieje i w ogóle do dupy jest.
Jutro z rana jadę do Doliny Będkowskiej kupić ryby z hodowlanych stawów. Kupujemy zawsze pstrągi. Łowią i na miejscu patroszą. Tym razem chcę kupić takie "ruskie" ryby. Podobno rarytas, są prawie dwa razy droższe od pstrąga, ale zapomniałem jak się nazywają. Zastanawiam się jaka krytyka mnie spotka jak je kupię. Basia też się na nie zdecydowała, ale pewnie nie będą smakowały, albo będą za małe, za duże, za... coś się na pewno znajdzie. Tęsknię za czasami gdy kobiety głodowały dwa tygodnie w jaskini, a mężczyźni w końcu przynosili bawoła z polowania. Były wtedy ogromnie wdzięczne bez względu na jego wygląd i wszyscy żyli długo i szczęśliwie dopóki ich jakiś tygrys nie zeżarł.
Komentarze
Wyluzuj, baby są super, wystarczy odrobina abstrakcyjnej wyobraźni.
Zdrowych i smacznych!
Takie dni osłabiają wolę walki - wszystko idzie w poprzek i wszystko się psuje. Wydaje się, że już gorzej być nie może, a pot chwili okazuje się, że owszem! Może! :)
Ta historia z zaworem mrozi krew w żyłach! Ale miałeś fuksa!