Pojechałem dziś po ten wózek dla Mamy Basi. No i oczywiście muszę mieć upoważnienie, a jak chciałem kupić lodówkę, to nie było potrzebne. Śmieszą mnie takie przepisy które są na wypadek, który ma szansę wystąpić raz na milion. No bo jednak trudno mi sobie wyobrazić, że jakiś gangster ukradnie babci przydział na wózek inwalidzki, czy balkonik. A utrudniają życie pozostałym 999,999 przypadkom. Jednak najgorsze jest to, że do tej pory wózek miał rozstaw osi 57 cm. Drzwi od łazienki mają 60 cm. W sklepie się dowiedziałem, że teraz z siedziskiem 42 cm. Czyli taki jak do tej pory ma rozstaw osi 61 cm. Czyli przez drzwi łazienki nie przejdzie. I co mam teraz zrobić? Wyciąć piłą łańcuchową framugę? Mam jednak nadzieję, że tak w papierach tylko jest, a wózek i tak przejdzie. No cóż jutro jadę z upoważnieniem i będę się martwił jak nie przepchnę go przez drzwi. Mama i tak nie zamyka drzwi od łazienki. Więc jak wytnę trochę framugi nic się nie stanie. I tak jak trafiła na wózek robiłem na całym dole akcję wycinania progów i robienia we wszystkich pomieszczeniach podjazdów. Na górze, nauczony tym doświadczeniem poziomy są co do milimetra w każdym pomieszczeniu. Ale drzwi od łazienki mają też 60 cm. O przepraszam tylko salon jest dwu-poziomowy. Ale każda z tych części jest wystarczająco obszerna.
Dziś znowu pobiegliśmy z Basią. Tym razem Basia zrobiła dłuższą trasę. Niewiele, ale zawsze coś. Ja jednak pobiegłem sobie jeszcze dalej, dużo dalej. Tak wspaniale mi się biegło, że wpierw pomyślałem sobie - pobiegnę pod Rudawę i z powrotem. Potem stwierdziłem, do Rudawy i wrócę drugą drogą. taka niewielka pętelka. Jak tam zabiegłem, po pomyślałem, dobra biegnę na około. Jak zrobiłem takie koło. Czemu nie pobiec do Brzezinki, w drodze do niej pomyślałem, pobiegnę bocznymi drogami jak na Wietrznik i zawrócę koło dolinki. Potem wracając z Brzezinki, a co mi tam, jeszcze okrężną koło rzeczki i torów. I to był błąd, ciemno jak za przeproszeniem u murzyna i błoto jak cholera. Na szczęście miałem małą latareczkę do straszenia samochodów. Ale uciorałem się zmoczyłem buty. Wreszcie dobiegłem do domu. Zrobiłem w sumie 11 km. Strasznie się ucieszyłem. Kolana ok. Nogi wcale nie bolą. Trochę się tylko zgrzałem. Czyżbym znowu wrócił do biegania? Było by fajnie, oby nie przegiąć. Bo jednak chcę jeździć na rowerze. A z bolącym kolanem, będzie trudno. Zobaczymy jak sytuacja się będzie rozwijała.
Dziś byłem na spotkaniu kierowników i kierownic. Krzysiek wspomniał znowu o sobotach. Biedna Kasia spytała czy może być niedziela, bo w sobotę robią płot. Na Boga, ludzie, to nie obowiązek, nie dajcie się. Ja sobie wymyśliłem, że pojadę do pracy na rowerze. Dawno nie jechałem. Ma być w miarę ciepło. W domu jednak Konrad sprowadził mnie na ziemię i chce abym zawiózł go do Krakowa na dziewiątą, bo jedzie na zawody wspinaczkowe. Basia oczywiście odmówiła. Kurde, to tylko moje dziecko? Zirytowałem się, na dodatek nie ma żadnego wytłumaczenia oprócz, bo mi się nie chce. Jest kochana i owszem, ale czasami bym ją udusił.
Dziś znowu pobiegliśmy z Basią. Tym razem Basia zrobiła dłuższą trasę. Niewiele, ale zawsze coś. Ja jednak pobiegłem sobie jeszcze dalej, dużo dalej. Tak wspaniale mi się biegło, że wpierw pomyślałem sobie - pobiegnę pod Rudawę i z powrotem. Potem stwierdziłem, do Rudawy i wrócę drugą drogą. taka niewielka pętelka. Jak tam zabiegłem, po pomyślałem, dobra biegnę na około. Jak zrobiłem takie koło. Czemu nie pobiec do Brzezinki, w drodze do niej pomyślałem, pobiegnę bocznymi drogami jak na Wietrznik i zawrócę koło dolinki. Potem wracając z Brzezinki, a co mi tam, jeszcze okrężną koło rzeczki i torów. I to był błąd, ciemno jak za przeproszeniem u murzyna i błoto jak cholera. Na szczęście miałem małą latareczkę do straszenia samochodów. Ale uciorałem się zmoczyłem buty. Wreszcie dobiegłem do domu. Zrobiłem w sumie 11 km. Strasznie się ucieszyłem. Kolana ok. Nogi wcale nie bolą. Trochę się tylko zgrzałem. Czyżbym znowu wrócił do biegania? Było by fajnie, oby nie przegiąć. Bo jednak chcę jeździć na rowerze. A z bolącym kolanem, będzie trudno. Zobaczymy jak sytuacja się będzie rozwijała.
Dziś byłem na spotkaniu kierowników i kierownic. Krzysiek wspomniał znowu o sobotach. Biedna Kasia spytała czy może być niedziela, bo w sobotę robią płot. Na Boga, ludzie, to nie obowiązek, nie dajcie się. Ja sobie wymyśliłem, że pojadę do pracy na rowerze. Dawno nie jechałem. Ma być w miarę ciepło. W domu jednak Konrad sprowadził mnie na ziemię i chce abym zawiózł go do Krakowa na dziewiątą, bo jedzie na zawody wspinaczkowe. Basia oczywiście odmówiła. Kurde, to tylko moje dziecko? Zirytowałem się, na dodatek nie ma żadnego wytłumaczenia oprócz, bo mi się nie chce. Jest kochana i owszem, ale czasami bym ją udusił.
Komentarze