Mimo niezachęcającej pogody wybrałem się wczoraj na przechadzkę. Od czasu znalezienia ostatniej skrzynki GeoCache miałem w domu GeoKreta. Wypada go gdzieś umieścić. Postanowiłem zanieść go na Łabajową Skałę. Miało być słonecznie, ale mgła nie chciała ustąpić. Zachęcałem Basię aby przeszła się ze mną na spacer. Wolała zostać w domu. Poprosiłem ją aby mnie podwiozła pod dolinkę.
Nie chciało mi się iść ponad dwa kilometry asfaltami. Dla niej to 10 minut, a dla mnie pół godziny marszu, ale też odmówiła. No trudno. Zapakowałem aparat w plecak, wziąłem GeoKreta i ruszyłem. Poszedłem przez dolinę Będkowską koło kapliczki w górę, potem skrótem do Kobylańskiej. Zejście z urwiska okazało się nie lada wyczynem. Strasznie ślisko. Wreszcie znalazłem się na dnie doliny i poszedłem prawie na jej koniec, aż do niebieskiego szlaku rowerowego. Nim do zielonego pieszego. Potem zobaczyłem na mapie, że jest ścieżka prowadząca między polami do drogi. Nie zwróciłem uwagi, że na końcu ścieżki, a przed drogą są zaznaczone domy. Oczywiście doszedłem do ogrodzenia. Musiałem się trochę wrócić i przejść świeżo zaoranymi polami jakieś trzysta metrów. Na szczęście udało mi się to zrobić bez wideł w plecach. Dotarłem trochę ubłocony do drogi i tą już bez przeszkód dotarłem do Skały Łabajowej. Oczywiście po drodze obszczekało mnie kilka psów. Wlazłem na szczyt i zacząłem szukać skrzynki w miejscu gdzie wskazywał GPS Chwilę pochodziłem i rzuciła mi się w oczy niewielka sterta kamieni. Okazało się, że przykrywają skrzynkę. Skrytka bardzo widoczna i narażona na warunki atmosferyczne. Na dodatek pojemnik pęknięty i zalany deszczem. Nawet logobook cały przemoknięty. Zostało miejsce tylko na jeden wpis - mój. Zapakowałem kreta, owinąłem pojemnik szczelnie workiem i przykryłem kamieniami. Schodząc wygrzebałem kilka fajnych roślinek i zapakowałem je do plecaka. W domu zasadzę. Zaczęło się robić późno, a miałem zamiar jeszcze pójść do dwóch innych skrzynek. Zrezygnowałem i zacząłem wracać.
Zabrałem na drogę takie żele energetyczne. Kiedyś kupiłem je za bony w InterSporcie. Rozpakowałem jeden i zjadłem. Bardzo smaczne i pożywne. Postanowiłem wracać na przełaj przez dolinę Będkowską. Znalazłem na mapie rozsądną ścieżkę i ruszyłem nią. Niestety w pewnej chwili się zamyśliłem i jak spojrzałem na GPS. Okazało się, że zszedłem z tej ścieżki o kilkadziesiąt metrów w prawo. Jednak nadal była to jakaś ścieżka nie zaznaczona na mapie, a że prowadziła w kierunku domu. Postanowiłem kontynuować marsz właśnie nią, ciekawy gdzie mnie doprowadzi. Niestety po kilkuset metrach skończyła się skałką i urwiskiem. Zacząłem ostrożnie schodzić. Spłoszyłem stadko saren. Oczywiście nie zdążyłem wyciągnąć aparatu. Zszedłem kilkadziesiąt metrów w dół i napotkałem kolejną skałkę, coś podświadomie znaczącego w niej wypatrzyłem. Obszedłem ją dookoła. Jakież było moje zaskoczenie. Zobaczyłem w niej duży otwór świadczący o tym, że jest to jaskinia.
Przeglądnąłem mapę, nie jest zaznaczona. Nawet na starej mapie na której w zasadzie są oznaczone nawet niewielkie groty. Oczywiście mam zawsze przy sobie czołówkę. Wlazłem do jaskini. Ma trzy boczne korytarze. Jeden bardzo obiecujący, ale bez czołgania nie ma szans weń wejść. Nie miałem odpowiedniego ubrania. W każdym z tych korytarzy jest zwinięta folia i ślady kopania. Ewidentnie widać, że ktoś usiłuje przekopać się dalej mając nadzieję, że jaskinia ma kontynuację głębiej/dalej. Z powierzchownych oględzin wygląda faktycznie obiecująco. Szczególnie ten najdłuższy korytarz. Porobiłem trochę zdjęć. Muszę namówić Konrada aby się tam wybrał ze mną. Spróbujemy się wcisnąć w ten wąski korytarz. wezmę kamerę i statyw do aparatu. Jaskinia ma w głównej sali komin i jest w niej stosunkowo jasno. Potem zszedłem w dół do drogi wiodącej przez dolinę. Z drogi zupełnie nie jest widoczne nawet to zbocze, a co dopiero skałka. Zresztą dojście od tej strony jest bardzo kłopotliwe. Trzeba przejść dwa głębokie parowy. Gdzie w zasadzie po ich ścianach trzeba się wspinać. Wracając przez Będkowską zauważyłem, że przedłużono asfalt o kolejny kilometr. Sięga już daleko za wodospad. Zobaczyłem też, że z iglicy na przeciwko "Dupy Słonia" odpadło kilka wielkich głazów. To już trzecie zjawisko krasowe za mojego życia. Pierwsze, to była do dziś nie wyjaśniona eksplozja skały w Jerzmanowicach. Drugie jakieś trzy lata temu: Lej krasowy właśnie nieopodal iglicy i teraz sama iglica zaczyna się rozpadać. Widać, ten rejon jest bardzo aktywny. Jest duża szansa, że w tym leju krasowym otworzy się jaskinia. Wracając poszedłem jeszcze "wężową ścieżką" jest to niebieski szlak z Doliny Będkowskiej na Wietrznik na którym w lecie zawsze spotykam co najmniej jednego węża. Tym razem zamiast węży drogę zagradzały mi powalone drzewa. Ścieżka prowadzi u dołu zbocza i po ostatnim śniegu zalega na niej kilkadziesiąt powalonych wielkich drzew. W pewnym miejscu myślałem, że już nie dam rady przejść. Pnie są strasznie śliskie od wilgoci. Wydostawszy się stamtąd zadzwoniłem do Basi, że jeśli wybiera się po chleb, to niech zboczy kilometr i po mnie podjedzie na koniec asfaltu. Tak wróciłem do domu. Cała wycieczka liczy prawie 23 kilometry. Mimo niepogody warto było się wyrwać z domu. Choćby z uwagi na tą nieznaną mi jaskinię.



Komentarze