W sobotę padało do południa, potem jednak przepogodziło się i wyszło słońce. Do tego wiatr. To wszystko spowodowało, że przeschło na tyle aby można było kosić. Usłyszawszy, że sąsiad kosi, też wyciągnąłem sprzęt z garażu. Odpaliłem kosiarkę i skosiłem całe podwórko. We czwartek już podkosiłem sobie wszystkie obrzeża. Poszło szybko więc wydobyłem jeszcze piłę łańcuchową i ściąłem w ogrodzie dwie śliwy. W tamtym roku zaczęły już schnąć. W tym roku jedna nie wypuściła żadnych liści, a druga zaledwie na jednej gałęzi. Pociąłem je w pół godziny. Zawiozłem pod balkon całe taczki z nadbudową drewna. Ledwo je dotaszczyłem z ogrodu.
Zrobiłem na taczki taką nadbudowę z płyt wysokich na pół metra. Dzięki temu za jednym razem mieści się w nich prawie metr sześcienny trawy czy liści. Taka ilość drewna już sobie trochę waży. Muszę teraz wnieść je na strych, aby było do kominka. Drewno z wycinki sadu którą przeprowadziłem pięć lat temu powoli się kończy. W połowie września jestem umówiony na dostawę drewna do kominka. Kupiłem dwa metry sześcienne, a w zasadzie przestrzenne. Taką właśnie miarą posługują się dostawcy drewna kominkowego. Kominek jest w salonie. Dla mnie pełni funkcję ozdobną. Byłem przeciwnikiem kominka, Basia strasznie chciała. Nie robiliśmy żadnego rozprowadzania ciepła, choć byłoby to bardzo proste. Kominek jest w rogu salonu. Wystarczy z jednej strony przebić ścianę do Konrada a z drugiej do przedpokoju. Jednak palimy w nim tylko przy wielkich mrozach i dla przyjemności. Fakt, jak się zapali można salon dogrzać do 28 stopni. Raz tak zrobiliśmy. Ucierpiały wtedy paprocie które są wysoko na ścianie. Po prostu się usmażyły. Salon ma 48 m2 mimo to jestem w stanie ogrzać go z 20 stopni do 24 w ciągu trzech godzin przy -5 na zewnątrz. Dobra rzecz, ale niestety ma jedną wadę. Wymaga ręcznej obsługi. A ogrzewanie gazowe jest bezobsługowe. Sterowniki ustawiłem kilka lat temu i zapomniałem o nich prawie. Ok. Idzie zima i tak jakoś mi się zebrało. Po śliwach zabrałem się do recyclingu. Zapakowałem wszystkie butelki szklane po sokach i piwie. Do tego plastikowe po muszyniance. I wywiozłem pod szkołę do pojemników. Od dnia w którym zostałem zbesztany w Krakowie przez byłego chyba Ormowca już nie wożę ich w drodze do pracy tylko u nas w soboty pod szkołę. W sumie to nawet tak wygodniej. Dziś zamiast malin i ostrężyn obżerałem się truskawkami i winogronami. Dzięki takiej pogodzie po raz kolejny są truskawki. Dziennie zrywam po co najmniej dziesięć. A winogrona powoli się zaczynają. Wyrwałem też marchewkę, którą na wiosnę posiałem. Wyrosła ogromna i kilka ma zadziwiające, fantastyczne kształty. Cebulkę jeszcze zostawiłem, choć też jest już w miarę dorodna.
Dziś za to trochę pospacerowaliśmy, trochę poleniuchowaliśmy przed TV, teraz pijemy sobie porto kupione w Czechach za zbywające korony.
Basia zadała mi dziś pytanie, gdzie jedziemy w następnym roku na wczasy. Szczerze powiedziawszy mam dość wczasów jak do tej pory - nad morze. Jeździłem tam przez dziesięć lat wbrew swojej woli poświęcając swój cenny urlop. Takie jak w tym roku też nie bardzo się sprawdziły. Basia wpierw obiecuje, a potem zaraz po trzech dniach chce wracać. Zresztą z nią nie jestem w stanie się zmęczyć, a lubię iść w góry czy jechać na rowerze aż do bólu. Ustaliliśmy póki co dwie wersje. Jedziemy nad Solinę, Basia namawia koleżankę. Z nią opala się, a ja jeżdżę tam na rowerze. Lub druga wersja: Jadę z Basią nad morze, a potem sam na taki sam czas gdzie indziej. W zasadzie nie wiem jeszcze co zrobimy. Mnie się marzy wybrać na rower z namiotem dołem przez Polskę w stronę Ukrainy. Przejechać po kolei Gorce Pieniny, Beskidy itp. Lub pojechać z namiotem na rowerze przez Bieszczady i znowu spróbować na połoniny w Ukrainę.
Zrobiłem na taczki taką nadbudowę z płyt wysokich na pół metra. Dzięki temu za jednym razem mieści się w nich prawie metr sześcienny trawy czy liści. Taka ilość drewna już sobie trochę waży. Muszę teraz wnieść je na strych, aby było do kominka. Drewno z wycinki sadu którą przeprowadziłem pięć lat temu powoli się kończy. W połowie września jestem umówiony na dostawę drewna do kominka. Kupiłem dwa metry sześcienne, a w zasadzie przestrzenne. Taką właśnie miarą posługują się dostawcy drewna kominkowego. Kominek jest w salonie. Dla mnie pełni funkcję ozdobną. Byłem przeciwnikiem kominka, Basia strasznie chciała. Nie robiliśmy żadnego rozprowadzania ciepła, choć byłoby to bardzo proste. Kominek jest w rogu salonu. Wystarczy z jednej strony przebić ścianę do Konrada a z drugiej do przedpokoju. Jednak palimy w nim tylko przy wielkich mrozach i dla przyjemności. Fakt, jak się zapali można salon dogrzać do 28 stopni. Raz tak zrobiliśmy. Ucierpiały wtedy paprocie które są wysoko na ścianie. Po prostu się usmażyły. Salon ma 48 m2 mimo to jestem w stanie ogrzać go z 20 stopni do 24 w ciągu trzech godzin przy -5 na zewnątrz. Dobra rzecz, ale niestety ma jedną wadę. Wymaga ręcznej obsługi. A ogrzewanie gazowe jest bezobsługowe. Sterowniki ustawiłem kilka lat temu i zapomniałem o nich prawie. Ok. Idzie zima i tak jakoś mi się zebrało. Po śliwach zabrałem się do recyclingu. Zapakowałem wszystkie butelki szklane po sokach i piwie. Do tego plastikowe po muszyniance. I wywiozłem pod szkołę do pojemników. Od dnia w którym zostałem zbesztany w Krakowie przez byłego chyba Ormowca już nie wożę ich w drodze do pracy tylko u nas w soboty pod szkołę. W sumie to nawet tak wygodniej. Dziś zamiast malin i ostrężyn obżerałem się truskawkami i winogronami. Dzięki takiej pogodzie po raz kolejny są truskawki. Dziennie zrywam po co najmniej dziesięć. A winogrona powoli się zaczynają. Wyrwałem też marchewkę, którą na wiosnę posiałem. Wyrosła ogromna i kilka ma zadziwiające, fantastyczne kształty. Cebulkę jeszcze zostawiłem, choć też jest już w miarę dorodna.Dziś za to trochę pospacerowaliśmy, trochę poleniuchowaliśmy przed TV, teraz pijemy sobie porto kupione w Czechach za zbywające korony.
Basia zadała mi dziś pytanie, gdzie jedziemy w następnym roku na wczasy. Szczerze powiedziawszy mam dość wczasów jak do tej pory - nad morze. Jeździłem tam przez dziesięć lat wbrew swojej woli poświęcając swój cenny urlop. Takie jak w tym roku też nie bardzo się sprawdziły. Basia wpierw obiecuje, a potem zaraz po trzech dniach chce wracać. Zresztą z nią nie jestem w stanie się zmęczyć, a lubię iść w góry czy jechać na rowerze aż do bólu. Ustaliliśmy póki co dwie wersje. Jedziemy nad Solinę, Basia namawia koleżankę. Z nią opala się, a ja jeżdżę tam na rowerze. Lub druga wersja: Jadę z Basią nad morze, a potem sam na taki sam czas gdzie indziej. W zasadzie nie wiem jeszcze co zrobimy. Mnie się marzy wybrać na rower z namiotem dołem przez Polskę w stronę Ukrainy. Przejechać po kolei Gorce Pieniny, Beskidy itp. Lub pojechać z namiotem na rowerze przez Bieszczady i znowu spróbować na połoniny w Ukrainę.
Komentarze