Wreszcie wybrałem się na tą dawno planowaną wycieczkę rowerową do Chrzanowa. Właściwie za Chrzanów. Chciałem po pierwsze pojeździć tymi ścieżkami rowerowymi których mnóstwo jest wokół Chrzanowa i tymi mokradłami za Chrzanowem. Zaplanowałem tak trasę aby jechać prawie cały czas lasem unikając asfaltu. W jednym miejscu nawet musiałem praktycznie nieść rower przez las aby przedostać się z jednej ścieżki rowerowej do drugiej. Inaczej musiałbym objeżdżać tory kolejowe i rzekę. O tej porze roku w lesie jest straszna gęstwina i rozbujałe ostrężyny. Miałem takie szczęście w doborze trasy, że prawie cały czas jechałem trasą jakiegoś wyznaczonego maratonu rowerowego. W pewnym momencie wyjeżdżając z lasu na główną drogę zobaczyłem na środku drogi policjanta w białej koszuli.
Jak tylko mnie zobaczył, zagwizdał, zatrzymał samochody i kazał mi przejechać. Podziękowałem i powiedziałem z uśmiechem, że ja nie z rajdu rowerowego, tylko tak sobie jadę. Dowiedziałem się też od niego, że dziś ma być tu maraton rowerowy. Potem, parę kilometrów dalej zgubiłem szlak rowerowy. Jeździłem po okolicy wjeżdżając w każdą uliczkę i nic. Szlak się urwał. Po około dziesięciu minutach wreszcie dojrzałem wąziutki skrawek zielonego znaczka z pod dywanu opartego o słupek. Ktoś oparł go sobie zakrywając znak. Zobaczyłem nieopodal pana sprzątającego podwórko które okalało ogrodzenie zakończone tym słupkiem. Zapytałem grzecznie czy to jego dywan i poprosiłem oby nie zasłaniał tego znaku. Okazało się, że szlak przechodzi w wąziutką ścieżynkę prowadzącą w krzaki, potem przez kratowany mostek i dalej przez łąkę do kolejnego lasu. A tam już wzdłuż kamieniołomu wiedzie wprost na moje moczary. Same moczary jak je sobie wymyśliłem interpretując mapę. To niewiele więcej niż pobliski Las Zwierzyniecki i Puszcza Dulowska. Ze ścieżek leśnych żadnych moczarów nie widać. Jest, owszem parę stawów, jeden nawet dość duży, ale to wszystko. Mało atrakcyjne te alejki którymi ja jechałem. Szlak wzdłuż Kanału Matylda bardzo zarośnięty, a w dalszej części w zasadzie nieprzejezdny. Miałem zamiar pojechać do Jeziora Dzieckowice czy jakoś tak, ale okazało się, że wcześniej skończyła mi się mapa. Nie chciałem już jechać dalej w ciemno. Zresztą Basia chciała abym wrócił na szesnastą. Chciała abyśmy zrobili grilla. W drodze powrotnej, już w Puszczy Dulowskiej zainteresowała mnie jedna ścieżka. Pojechałem nią i oczywiście skończyła się w środku lasu. Na jej końcu stoi wysoka wieża obserwacyjna. Zamiast wrócić się, zacząłem na azymut przedzierać się przez las wzdłuż cieku wodnego. Po pewnym czasie zaczęło robić się coraz bardziej grząsko i zacząłem zauważać coraz więcej miejsc zrytych przez dziki. W końcu wlazłem z rowerem w sam środek legowiska dzików. Wystraszone odbiegły parę metrów stanęły, ja wystraszony też. Nie wiedziałem, czy mam wyciągnąć aparat czy uciekać. W końcu pomyślałem, że poczekam na ich dalszą reakcję nie ruszając się. Po chwili odwróciły się. Odeszły kręcąc zadkami na krótkich nóżkach. Znowu stanęły. I po kolejnej chwili w końcu przebyły kanał z wodą i skryły się w gęstwinie. Ja zacząłem, teraz już o wiele ostrożniej przedzierać się dalej. Musiałem też przeskoczyć ten kanał. Miejscami było bardo grząsko. Zamoczyłem całe buty. Po drodze mijałem wiele wyleżanych miejsc w trawie. Widać było, że tu mieszka dużo dzików. Dotarłem jakoś do szlaku i już nim bez przeszkód wróciłem do domu. Na miejscu okazało się, że zrobiłem 90 kilometrów ze średnią prędkością 19,9 km/h

Komentarze