Pojechaliśmy na Bikemaraton Krakowski. Wybraliśmy się wcześnie rano, bo odbieranie numerów startowych miało być do 9:00. NIepotrzebnie. Okazało się, że jeszcze parę minut przed startem można było pobrać numery. Ci co po raz pierwszy, startowali na samym końcu. Przed nami z pięćset osób. Wreszcie ruszyliśmy. Jeszcze na błoniach wyprzedziliśmy kilkadziesiąt osób. Już na pierwszym kilometrze pierwszy karambol. Chyba pięć osób się zderzyło. Jechało mi się świetnie. Mniej więcej w okolicach 25 kilometra jadąc na prostej po asfalcie. Na liczniku ponad 30 ktoś krzyknął z boku "lewa" Chodzi o to, że jeśli ktoś wyprzedza w tłumie, to krzyczy z której strony to robi. Nagle gość jadący przede mną zjechał po tym okrzyku na prawo. Zrobił to zbyt ostro. Ja w tym czasie sięgałem prawą ręką po bidon. Odruchowo nacisnąłem lewą klamkę hamulca. To jest przedni hamulec. Wystrzeliłem jak z procy. Przeleciałem przez rower i z całym impetem spadłem głową na asfalt. Z tyłu wpadł na mnie ktoś jadący z tyłu i jego kierownica wbiła mi się pod żebra. Błyskawicznie się zebrałem i chciałem jechać dalej. Przeprosiłem go i wyjaśniłem, że ktoś zajechał mi drogę. Ten zaczął panikować, że chyba złamał kręgosłup !?! potem, że palce. Zatrzymała się jeszcze jakaś dziewczyna. Chcięliśmy dzwonić na punkt medyczny. Ja miałem specjalny numer pomocy maratonu, ale po upadku telefon za nic w świecie nie chciał się obudzić. Ta dziewczyna zaczęła pytać przejeżdżających osób o numer do punktu medycznego. Nikt nie miał. Mnie po około dziesięciu minutach udało się obudzić telefon po wyjęciu baterii i kilkakrotnym zresetowaniu. Zaczęliśmy dzwonić. On nagle stwierdził, że chyba spanikował i nic mu nie jest. Straciliśmy prawie 20 minut. Ja w tym czasie stwierdziłem, że krwawi mi palec u nogi i strasznie mnie bolą żebra jak wsiadam na rower. Pojechałem jednak dalej. W połowie dystansu miałem doskonały czas mimo tej przerwy. Zjechaliśmy wąwozem Kleszczowskim. To najtrudniejszy zjazd. Większość sprowadzała tam rowery, albo stała na górze nie mogąc się zdecydować na zjazd. Zjechałem z marszu. W końcu przedwczoraj potrenowałem tam zjazdy. Przy podjeździe w Zabierzowie złapał mnie pierwszy skurcz. Podprowadziłem rower i jakoś przeszło. Potem w okolicach Kryspinowa jakieś 25 kilometrów przed metą. Zatrzymałem się na ostatnim bufecie. Wcześniej jednak jakiś rowerzysta zwrócił mi uwagę, że mam popękany kask. Wiedziałem przy upadku, że złamał się daszek. Urwałem go i wyrzuciłem. Zsiadając z roweru przy bufecie zobaczyłem gwiazdy. Raz od bólu nogi. W zasadzie palca. A drugi z żeber. Parę kilometrów za bufetem był też punkt medyczny. Zjechałem i poprosiłem lekarza aby zobaczył. Na moje żebra. Okazało się, że są całe, tylko bardzo stłuczone. Zaczął też dawać znać ból barku i strasznie mnie szczypał. Stwierdziłem, że pewnie sobie obtarłem. Na punkcie medycznym miałem jeszcze doskonały czas. 23 kilometry do mety, a ja poniżej trzech godzin. Ruszyłem z punktu medycznego i się zaczęło. Po dosłownie kilkuset metrach skurcz w obie nogi.Musiałem chyba z pięć minut kucać. Ruszyłem znowu. Po kilkuset metrach kolejne w uda. Znowu postój i prowadzenie. Już wiedziałem, że pogrążyłem swoje szanse na przyzwoity wynik. Od tej pory poznałem wszystkie możliwe mięśnie w nogach. Nawet takie których istnienia nie podejrzewałem. Byłem teraz w stanie jechać tylko z góry albo po prostej. Niestety pod koniec jazdy jest wielki podjazd w lasku wolskim. Mający chyba z pięć kilometrów. To była totalna porażka, byłem wściekły. O moim wyniku nawet nie wspomnę, bo wstyd. Konrad dojechał w 4:06 W domu okazało się, że mam kask pęknięty w kilku miejscach. Jak go zdjąłem z głowy, po prostu się rozleciał. Mam obolałe żebra, cały siny palec u nogi i połamany paznokieć. Ledwo chodzę. Do tego obtarty łokieć, a rana na barku jest taka, że musieliśmy połączyć kilka plastrów aby ją zakleić. Do tego po zdjęciu kasku okazało się, że mam całe czoło obtarte. Nawet na palcu u ręki mam jekieś bąbelki krwi, jakbym go przyszczypał. Pojechaliśmy na te spóźnione imieniny, a teraz w domu nie mogę się ruszać i wszystko mnie boli. Nasmarowałem się cały takim specjalnym żelem. Nie wiem jak ja przeżyje tą noc i jutro wstanę. Pewnie co najmniej kilka skurczy po drodze. Wygląda na to, że jestem już za stary na takie rzeczy. Na taką morderczą trasę w takim tempie, to po prostu trzeba sobie potrenować przez miesiąc. Mam za swoje. Ale ogólnie było fajnie, trasa ciekawa, ale strasznie wymagająca. Niestety nie mam mapy przejazdu, bo po upadku miałem problem z telefonem. Mam jednak zamiar pojechać za tydzień na tą trasę i zobaczyć jaki będę miał czas już tak na spokojnie. Mam nadzieję, bez upadku. Może będą jeszcze oznaczenia. Ale i tak mój czas jest lepszy niż zakładałem w najczarniejszym scenariuszu.
Komentarze