Łódką po jeziorze.

Porwaliśmy z zakupów paryżankę do nas. Konrada nie było jak była Karolina i postanowiliśmy ją porwać do nas na kolejny dzień. Dzwoniłem w poniedziałek za noclegami w Cisnej i znalazłem w Dołżycy ale dopiero od czwartku. I tak mieliśmy jechać tylko na trzy dni do soboty. Pojedziemy więc do czwartku. Dołżyca jest około dwóch kilometrów od Cisnej. I tak będziemy dojeżdżali do szlaków samochodem więc nie robi to różnicy. Karolina została z wtorku na środę i rano pojechaliśmy na wycieczkę samochodem za chrzanów, tam gdzie byłem na rowerze. Do Imielina nad jezioro Dziećkowice. Zabraliśmy też Tenie. Samochodem jedzie się dalej, bo po lesie niestety nie można, trzeba na około. Tam wypakowaliśmy się na plażę. Ja wytrzymałem pół godziny leżąc plackiem. Na szczęście Konrad przyszedł ze spaceru z Karoliną i zaproponował abyśmy wypożyczyli łódkę, taką na wiosła. Jedna godzina to koszt 10 zł. Poszliśmy więc i dostaliśmy łódkę numer 22 dwa wiosła dwa kapoki i jedno koło ratunkowe. Konrad chcąc się zaprezentować zaczął pierwszy wiosłować.



Po raz pierwszy w życiu to robił. Po jakichś dwóch minutach radził sobie już bardzo dobrze. Wypłynęliśmy daleko na jezioro. Płynęliśmy z wiatrem. W drodze powrotnej Konrad się już zmęczył i wiosła przejąłem ja. Wiosłowanie, też po raz pierwszy okazało się bardzo proste. Nie minęło dwie minuty i wiosłowałem już całkiem sprawnie. Basia i Tenia opalały się nad brzegiem, a my dzielnie walczyliśmy z wiatrem i falami. Straszna frajda takie pływanie łódką po jeziorze. Musimy koniecznie się wybrać jeszcze kiedyś z Basią na dłużej. Po jeziorze pojechaliśmy jeszcze na ruiny zamku w Rudnie. Niestety są już zamknięte. Budowla coraz bardziej niszczeje i grozi zawaleniem. Z zamku do Krzeszowic na lody i do domu. Wieczorem odwieźliśmy Karolinę i we czwartek z rana ruszamy w Bieszczady.

Komentarze