Dziś z samego rana miałem pojechać na rower w okolice Chrzanowa. Chciałem dziś objechać dookoła to jezioro które jest za Chrzanowem. Miała to być całodniowa wycieczka. Liczyłem na około 120 km. Miałem w zamyśle trochę zmodyfikowaną trasę. Inną niż poprzednio. Chciałem zaatakować jezioro od dołu, od strony Wisły. Około dziewiątej rano zadzwoniła do Basi Tenia. Zaproponowała jej aby wybrała się z nią i jeszcze z jedną koleżanką na rower. Chciały pojechać tą trasą koło Wisły, którą kiedyś my jechaliśmy. Basia zgodziła się oczywiście bez wahania. Mnie nie udaje się jej namówić od ostatniej wycieczki. Choć proponuje nawet przejażdżki wokół Rudawy, czy choćby do sklepu. A już w sobotę... nie ma mowy. W sobotę jest sprzątanie. Basia szoruje łazienkę, a ja odkurzam. Trochę przykro, ale cóż, taki mój los. Basia poprosiła mnie, abym pojechał z nimi, bo ona boi się, że nie trafi. Cała trasa liczy około 50 km. Zgodziłem się, jeśli to jest jedyna możliwość wspólnej przejażdżki. Czemu nie. Poprosiłem tylko aby uprzedziła je, że na początku trzeba wjechać na wielką górę (Kleszczów) i że jest to około 50 km. Umówiliśmy się na 14:00 Szybko poodkurzałem i około 12:00 Wybrałem się do Krzeszowic do serwisu rowerowego. Chciałem zapytać, czy są w stanie załatwić mi jakiś sensowny bagażnik do roweru. Z moim rowerem jest taki problem, że jest to rower z tkz. średniej półki, a takie nie są przewidziane do montażu bagażnika, czy choćby błotników, a nawet nóżki. Ja wymyśliłem sobie, że chce mieć bagażnik na wyprawy, aby wozić tam namiot zamiast taszczyć go na plecach. Okazuje się, że dostosują mi jeden lekki bagażnik do tego roweru. Z Krzeszowic pojechałem jeszcze do Rudna i dopiero do domu. Niecałe 30 km.
Trochę po 14:00 przyjechały i ruszyliśmy. Od początku twierdziłem, że to za długa trasa jeśli ktoś nie jeździ na rowerze. Ale Tenia się upierała, że chce zobaczyć tą trasę, bo Basia ją tak zachwalała. Oczywiście pod każdą górkę, zamiast zmienić przerzutkę na najlżejszą, pozostawiały na średnich przełożeniach. Kończyło się to prowadzeniem roweru. Ale ich sprawa. Ja po prostu chciałem pojechać z Basią i było mi to obojętne jak jedziemy. Z Kleszczowa zjechaliśmy na dół do Aleksandrowic. Tam niestety spotkała nas niemiła przygoda. Niestety tak jest jak jadą trzy kobiety na rowerach. Jacyś obleśni faceci w samochodzie zaczęli nas zaczepiać. Powiedziałem im coś o burakach i o tłuściochach. Nie wiem czy im się śpieszyło, czy faktycznie wzięli sobie do serca, to co powiedziałem, ale pojechali dalej i dali nam na szczęście spokój. Dojechaliśmy do Wisły robiąc tylko postój w Liszkach na picie i odpoczynek. Jadąc wzdłuż Wisły dojechaliśmy prawie do Salwatora. Okazało się, że prawie na końcu tej trasy jest specjalna cafe dla rowerzystów. Wstąpiliśmy tam. Kobiety poprosiły lody, a ja zamówiłem sobie taki mrożony napój zmieszany ze zmiksowanych malin, ananasa, truskawek i jeszcze paru innych owoców. Miał to być shake, ale zapytałem czy może być bez mleka. Pani zgodziła się. Czekałem chyba z dziesięć minut. Było warto. Wspaniały ten napój. Nawet powiedziałem to na odchodne sprzedawczyni. Miło się jej zrobiło. Czasami wystarczy słowo, aby komuś miło się zrobiło. Dziś koło błoni i do rynku przyjechał peleton z kolażami. Jechaliśmy ich trasą. Cały czas nad rynkiem i wawelem krążyły śmigłowce. Filmując zapewne wjazd kolaży. Wracaliśmy wzdłuż Rudawy. A potem przez Zabierzów. Powrót był katorgą, Tenia opadła całkiem z sił. Wlekliśmy się strasznie. Cała droga to pięć godzin. Średnia wyszła nam 10 na godzinę. Jestem wykończony jakbym przejechał 150 km. Zważając jednak na to, że mogłem jechać z Basią - warto było się mordować.
Komentarze