Dziś niedziela. Ale jak od wielu już dni deszcz wisi w powietrzu, no i jak zwykle wieje. Lecz zamiast gnić przed TV zaryzykowaliśmy i ruszyliśmy w las. Standardowy kierunek na Wietrznik, a potem się zobaczy.

Z wietrznika przy takiej jak dziś pogodzie zwykle widać Tatry. I tym razem intuicja mnie nie zawiodła, ale jak zawsze nie zabrałem lornetki. Mimo to można było podziwiać ośnieżone szczyty. Nawet na... chyba to góra Chełm... też widać śnieg. Z Wietrznika poszliśmy prosto przez zboże w stronę Radwanowic, a tak naprawdę w stronę widocznego kamieniołomu w Dubiu. Wczoraj i dziś odbywają się tam dni Pstrąga.

Konrad wrócił wczoraj o pierwszej stamtąd. Oj teraz to mamy z nim przechlapane. Nie chcemy mu kazać wracać o 22:00 Bo wtedy nie ma sensu w ogóle tam iść. Nie ma 18 lat! A z drugiej strony nie może być takiej sytuacji, że pozostaje bez kontroli. Pomijając to, że po prostu jako rodzice się martwimy. Musi wiedzieć, że na nic więcej sobie nie może pozwolić. Chodzi o alkohol... Musi wiedzieć, że po powrocie do domu zawsze będziemy na nogach i nie przemknie się bez kontroli. Jak na razie dzięki Bogu nie ma problemu. Niestety młodzież jest jakoś chorobliwie zafascynowana alkoholem. Nie bardzo rozumiem z czego to wynika. Jakoś nie byłem tak zafascynowany jak moi koledzy, więc nie mam doświadczenia. Konrad niestety zdradza taką fascynację.

Chyba chodzi o jakieś złudne poczucie dorosłości, wolności. Choć prawdziwa wolność, to dzieciństwo, niestety dochodzi się do takich wniosków zbyt późno. Tak więc zawsze czuwamy do momentu gdy przyjdzie, zwykle ja to robię :) Wymuszamy też zwykle na nim deklarację konkretnej godziny powrotu. O ile pamiętam chyba nigdy się nie zdarzyło żeby zadzwonił (a jest też do tego zobowiązany) z informacją o przedłużeniu. No ale nie o tym chciałem. To takie dylematy rodziców. Doszliśmy w końcu przez góry i lasy do Dubia. Basia zjadła pstrąga. Tak mi się skojarzyło. Dla nas, to fajna impreza i dobra wyżerka, a dla biednych pstrągów apokalipsa.

Wypiliśmy też po jednym piwku. Dla Basi niestety nie było małego i potem musiałem ją prowadzić aby prosto szła :) Kupiłem jej też korale! Takie drewniane malowane! O jak się cieszyła, nie wiem czy to piwo jej tak uderzyło do głowy. Wydałem dziesięć złotych a sprawiłem jej tyle radości. Całą drogę oglądała te korale i o nich mówiła, do czego będą jej pasowały. Czasami zapominamy jak niewiele trzeba aby komuś sprawić radość. Zwykle nic nas nie kosztuje jakiś gest czy dobre słowo, a jednak trudno nam to z siebie wykrztusić. Wystarczy kwiatek, korale czy kilka kanapek z rzodkiewką. Nic nie kosztuje, a tyle daje. Wracając złapał nas oczywiście deszcz. Lunęło znienacka. Zanim Basia rozłożyła i ubrała pelerynę którą zabrałem do plecaka, to deszcz się skończył. W sumie zrobiliśmy sobie prawie pięciogodzinną wycieczkę. Miałem jutro nie iść do pracy, miałem do odebrania trzy soboty.

Dziś rano obudziłem się z lekkim bólem gardła. Postanowiłem przełożyć to wolne. Wczoraj odwiedziła nas moja Mama na dzień dziecka do Konrada. Rodzice będą mieli pięćdziesięciolecie ślubu. Dostaną order od prezydenta. Szykuje się impreza. Miałem jechać w te Karpaty na początku lipca, ale muszę przełożyć, bo Mama chce zrobić imprezę piątego. Pojedziemy więc zaraz po. Potem Konrad po dwudziestym jedzie do Austrii. A w sierpniu chyba do Szwajcarii Będzie się wspinał. Basia jednak chyba dostanie urlop. pod koniec sierpnia, więc my też pojedziemy chyba w Czechy w okolice Skalnego Miasta. W sobotę rano odebrałem rower Konrada z Krzeszowic. Niestety trzeba było wymienić Kasetę z tyłu i łańcuch. Do tego kupiliśmy już na tą wyprawę Pięć dętek. Konradowi pompkę, bidon, kieszonkę pod siodełko, zestaw narzędzi rowerowych łącznie ze skuwaczem do łańcucha. Musi mieć taki zestaw w Karpaty, a dodatkowo jak jeździ po okolicy też się przyda.
Komentarze