Ale ostatnio mi się bzdurzy na tym blogu. Siadam, chce napisać o rzeczach prozaicznych. Po prostu co robiłem dziś. Po to ten blog w końcu powstał. A na koniec wychodzą jakieś brednie i to na dodatek nie całkiem to co miałem na myśli. Skrzywiony obraz moich myśli. Koniec z tym. Piszmy o tym co się dziś działo, ale nie w mojej głowie. Wstałem dziś o ósmej. Sobota więc leniuchowałem. Zrobiłem sobie śniadanie, zjadłem je. Podczas spożywania biłem się chwilę z myślami - rower/ogród. Wygrał ogród. Nazbierało się tej roboty co niemiara. Około dziewiątej ubrałem się roboczo i poszedłem na ogród. Wpierw garaż, posegregowałem odpady. Szklane butelki i plastiki. W poniedziałek je wywiozę do Krakowa. Niby mam pojemniki w Rudawie, ale wolę w Krakowie. Na strychy też nazbierało się wiele makulatury. W gimnazjum Konrad wywoził do szkoły, były takie akcje. Nazbierało się też trochę złomu. Jeżdżą i zbierają. Mam nadzieję, że akurat będę w domu. Posprzątałem też trochę w garażu po zimie. Zasadziłem wreszcie tą choinkę. Może coś z niej będzie. Potem odkryłem z pod kory kwiatki. Rosną już tabunami. Odkryłem krzewy z otuliny. Umyłem samochód. Robiłem słowem wszystko aby odwlec moment w którym będę wreszcie musiał się zabrać za odzysk wody z dachu. Cały czas się tego bałem. Jak ja to zrobię. W końcu musiałem się za to zabrać. Odciąłem rynnę chciałem wstawić, no i za nic w świecie nie mogłem tego wepchnąć. Ale od czego pomysłowość. Opiłowałem końcówki, nasmarowałem towotem. Naciąłem brzegi. No i wreszcie wcisnąłem. Podłączyłem wąż i już. Poszło nadspodziewanie prosto i szybko. Ale tak sobie pomyślałem. Ten wąż się nie nadaje. Trzeba kupić o wiele szerszy i wykorzystać całą maksymalną przepustowość. Potem zabrałem się za kolejną rynnę. No i tu klops. Odcinając ją nie zwróciłem uwagi, że uchwyt na samej górze jest złamany. Jak ją odciąłem to spadła mi cała rynna. Na dodatek okazało się, że uchwyt na dole trzyma. Ja na drabinie. pięciometrowa rynna leci. No jak ją puszczę to urwie ten dolny uchwyt. Połamie się i wywali kawał ściany. Zacząłem wołać Basię. Ona zabrała się za mycie okien. Pogoda była wspaniała. Na szczęście usłyszała. Podała mi śrubokręt. Trzymając rynnę jedną ręką i głową jakoś odkręciłem uchwyt i zdjąłem ją. Potem musiałem wleźć na dach i leżąc głową w dół, na szczęście nachylenie nie jest takie duże. Basia podała mi rynnę, a ja jakoś ją tam dosunąłem. Na koniec jeszcze przystrzygłem wszystkie wrzośce. Muszę swoją drogą kupić sobie takie elektryczne nożyce, bo zajmuje mi to sporo czasu. Potem jeszcze wymyśliłem jak te zbiorniki umieszczę. Wykopałem cztery otwory w ziemi na betonowe słupy, które muszę zrobić. Dzięki temu zbiorniki postawię na tych słupach. Będą wyżej i nie na ziemi. Do domu przyszedłem około 17:00 Siadłem chwilę. Potem odkurzyłem cały dom, a jak Basia poszła kąpać mamę, to umyłem naczynia. Jest prawie dwudziesta. Basia ogląda "Nigdy w życiu" z VOD ostatnio każdy odcinek jest w prezencie dzień dwa wcześniej. Ja sobie piszę. Lubię tak, jak ona ogląda te swoje głupawe seriale i ... w zasadzie nie wiem jak zaklasyfikować takie idiotyzmy jak "Tańce z popaprańcami" a ja sobie siedzę obok i piszę. Jest ze mną i to wystarcza. Oczywiście wolałbym jakby ze mną poszła na spacer, albo pojechała na rower. Ech te marzenia. Jednym słowem nie ma to jak dobrze, pracowicie spędzony dzień.
Komentarze