Czterechsetny post! Jak to szybko minęło. Czy dożyje czterotysięcznego? Czy jakikolwiek ślad po tym blogu będzie istniał gdyby mógł nadejść czterdziestotysięczny? No to po co to robić? Kończę z tym... A może nie? Może nie robię tego po to, aby został jakikolwiek ślad? Może robię, to po to, aby po prostu robić? Nie, nie, mam co innego do roboty. Nie nudzę się. No więc do dzieła: Tak sobie myślałem dziś. Co napisać na czterechsetny post. Przez chwilę przeszło mi przez głowę, aby to było coś ważnego. Coś co w czytającym coś zmieni. Czegoś go nauczy, otworzy mu oczy. Niepokornych nauczy pokory. Grzeszników nawróci..., ale... nie mam przecież monopolu na prawdę. Maluczki jestem. Nie umiem tak. Zresztą chyba bym nie chciał. Odpowiedzialność... Swoją drogą chyba staram się jej unikać. eee... No dobra... kiedy indziej. Sprawy bieżące: Wczoraj Konrad przyszedł po pierwszej lekcji hebrajskiego. Uczy się angielskiego od szóstego roku życia. W szkole i dodatkowo. Teraz w liceum niemieckiego, łaciny i greki. A teraz dodatkowo wziął sobie jeszcze ten hebrajski. Kim on do cholery chce zostać!?! Cały czas mam dylemat, ale na Boga nie mogę mu nic kazać. Nie mogę powiedzieć mu wprost: Chłopie do niczego Ci się to nie przyda. Weź się za jakąś naukę z której chleb będzie. Czemu tak nie mogę? Bo po pierwsze nie mam prawa, aż tak ingerować w jego wybory. Mogę się oczywiście mylić i to bardzo. I jest to wielce prawdopodobne. Może właśnie z tego chleba będzie po uszy. Po za tym, to dopiero liceum. Jeszcze wiele wyborów przed nim. Może właśnie zostanie historykiem, dziennikarzem, nauczycielem i Bóg wie kim jeszcze. Zapewne przyda mu się właśnie to bardziej, niż umiejętność rozkręcenia silnika, czy położenia glazury, a nawet napisania programu na liczenie silni. Ja jestem tylko od wskazania wielu dróg, wskazania alternatywy, słabych punktów w jego wyborze. Zasiania niepewności czy nadziei. Wybór jednak należy do niego. Przynajmniej w takich sprawach. Chyba że kogoś krzywdzi, lub rażąco źle wybiera! Pamiętam jak miał dosłownie kilka miesięcy i ktoś w żartach do mnie powiedział. To co? Pisze już jakieś programy. Moja odpowiedź była taka: Nawet jeśli będzie się interesował historią, czego nie cierpię. Nie przeszkodzę mu, a wręcz będę go wspierał. No i wykrakałem sobie. Może, to jego bunt wobec mnie, aby nie być jak ja, tylko lepszy-inny. A może to ja podświadomie jednak kierowałem go w tym kierunku, aby ktoś mi nie zarzucił, że chce aby został też programistą jak ja. Nic to poczekamy, zobaczymy. Jeszcze tyle przed nim. Ja też miałem być elektronikiem, a jestem programistą. Niby to pokrewne - techniczne. Ale jednak inne. I tak sobie myślę, że jednak jedno mamy wspólne i jednak dąży do tego samego co ja. Ja w czasach gdy zajmujący się elektroniką czy potem komputerami byli jak guru, kosmici prawie. To było zajmowanie się czymś, na czym nikt się nie znał. Tak i on teraz chce być postrzegany tak samo, no bo kto zna grekę czy łacinę. Podobno w Polsce uczy się dosłownie 200 osób greki na poziomie licealnym.
Komentarze