Next Level

Do tej pory oddawałem krew i twardo mówiłem sobie, że jestem egoistą i robię, to dla siebie. Ewentualnie dla czekolady. Której zresztą w zasadzie nie jem. No i dziś chyba zmieniłem zdanie. Wczoraj dostałem telefon z krwiodawstwa abym dzisiaj oddał płytki krwi. Poszedłem więc z rana. Jeszcze nigdy nie oddawałam płytek krwi. Wyczytałem w internecie, że zabieg trwa około 40 min i robi się to na zasadzie aferazy krwi. Cokolwiek to znaczy. Stawiłem się o 7:30 z myślą, że koło 9:00 będzie już po i jednak nie wezmę zwolnienia, tylko pójdę do pracy. Po dosłownie 10 minutach pobrano mi krew do badania. Pani wpierw obejrzała dokładnie moje ręce. Czułem się trochę jak narkoman. Stwierdziła, że w jednej ręce słabo widać żyły, ale jakoś się da. Potem siedziałem w poczekalni czekając na wizytę u lekarza. Który kwalifikuje do oddania krwi. Mijały minuty, potem minęła godzina. W trakcie oczekiwania. Słyszałem jak panie z recepcji wydzwaniały... takie niejasne przeczucie miałem po dawcach. A to jeden okazał się chory, drugi... Przed tym pani stwierdziła, że to już ostatni... On był akurat w Warszawie. W końcu zostałem wezwany do lekarza. pobieranie płytek, to nie to samo co krwi. Krew oddaje się po prostu do banku krwi. Płytki ode mnie mają być pobrane, i dobrane do konkretnego biorcy, który w tej chwili czeka i jest to tak zwane bezpośrednie zagrożenie życia. Więc tak naprawdę realnie komuś ratuje życie. Co prawda zwykle pobiera się płytki dla jednego biorcy od kilku dawców. Okazuje się, że niestety jest problem, bo nie ma odpowiednich dawców, a moje wyniki są nie najlepsze. Prawopodobnie jakaś infekcja, czy zaziębienie się zaczyna i warunkowo muszą zaryzykować i jednak pobrać ode mnie. Nie do końca zrozumiałem czy ja ryzykuje, czy biorca. W każdym razie przed pobraniem dostałem dwa wapna do wypicia. Musiałem koniecznie iść do WC. Zasiadłem w końcu na fotelu. Dopadły mnie trzy pielęgniarki. Wkłuto mi się w obie ręce. Z jednej miała krew wychodzić do drugiej wracać. Włączono maszynę wyglądającą jak pralka na kółkach i pielęgniarka powiedziała, że maszyna określiła czas na 86 minut! Zresztą dostałem przed oczy ekran, gdzie wszystkie parametry były wyświetlona. Ile w danym momencie krwi jest pobierane, ile wraca. Pamiętam 70 ml na minutę. Całość filtrowanej 5170 ml. Tak więc w zasadzie przefiltrowano mi całą krew jaką mam. Gdy tak sobie siedziałem i zostało około 30 min. Włączył się żółty alarm, gdzie migał napis ACD Low Przybiegła pielęgniarka – nacisnęła coś i zawiesiła torebkę z jakimś płynem. Jeszcze jej nie podłączyła i sobie poszła. Na chyba 5 minut przed końcem włączył się ponownie alarm, tym razem czerwony. Który informował, że ACD się skończyło. Maszyna z trzaskiem się zatrzymała. Znowu przyszła pielęgniarka i tym razem podłączyła tą torebkę, uruchamiając ponownie maszynę. W końcu czas dobiegł końca i ja zostałem uwolniony z tych wszystkich rureczek i obie ręce zostały zalepione plastrami, tak że w zasadzie nie mogłem ich za bardzo zgiąć. Zrobiła się godzina 10:30 Stwierdziłem więc, że nie ma sensu wracać do pracy i poprosiłem o zwolnienie. Dostałem czekolady z oddanie płytek, tak jak za krew. Do książeczki dodano odpowiedni wpis i poszedłem sobie. Czy bolało? W zasadzie tak. Nie był to jakiś ból przykry, nie do wytrzymania. Taki którego trzeba się obawiać. Tak naprawdę, to czasami odczuwałem taki dyskomfort w ręce do której krew wracała. Myślę, że nie ma problemu abym czasami oddawał płytki. Teraz mogę oddać krew dopiero po miesiącu. A lekarka powiedziała jeszcze, że niewykluczone, że mogę zostać ponownie wezwany za parę dni. Płytki odnawiają się właściwie w tym samym dniu. Stwierdzam, że oddanie krwi jakoś tak wydaje mi się niezwiązane bezpośrednio z ratowaniem życia, ale płytki na wezwanie – tak. Mam bezpośrednie wrażenie, że przyczyniłem się do uratowania komuś zdrowia/życia. Jest, to bardzo realne wrażenie.

Komentarze