Góry uczą pokory
No i było ekstremalnie. Ale przeżyliśmy jakoś: Z domu wyruszyliśmy o godzinie 5:45 do Kuźnic zajechaliśmy 8:10 po drodze zostawiając Basię w Krakowie w pracy. O tej porze i w sobotę, teraz gdy jest już oddana do użytku większa część drogi ekspresowej, to dobry czas. Na parkingu przebraliśmy buty na odpowiednie dla wędrówki
i pory roku. Założyliśmy ochraniacze na nogi chroniące od wysokiego śniegu. Dzień wcześniej dobrze zaimpregnowałem moje buty. Zastanawiałem się czy znowu oboli mnie kostka, tak jak przy wędrówce na Czerwone Wierchy. Tym razem postanowiłem nie związywać ich mocno, a pozostawić luźne. Z Kuźnic za 10 zł można się zabrać pustym busem pod samą kolejkę. Kolejka już uruchomiona, jednakże jeszcze nie wozi turystów. Wagonik wygląda bardzo ładnie i nowocześnie. Mieliśmy okazje podziwiać jego testową jazdę. Potem zawisł nieruchomo w połowie drogi do Myślenickich Turni. My i tak nie mieliśmy zamiaru korzystać z kolei linowej. Kolejką na Kasprowy jeździmy jedynie z nartami. Jak wycieczka to wycieczka, trzeba iść pieszo. Wyruszyliśmy szlakiem w górę w stronę Kalatówek. Przed nami szli jedynie dwaj braciszkowie podążający do klasztoru. Idąc tak w śniegu i rozmawiając przegapiliśmy wejście na szlak. Zorientowaliśmy się dopiero widząc hotel. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Pod hotelem jest polana z której pięknie widać cel naszej wędrówki. Przeszliśmy w głębokim śniegu do szlaku na przełaj przez polanę. Na wiosnę na tej polanie rosną zawsze pierwsze krokusy. Śnieg w zasadzie zaczął się zaraz za Myślenicami. W Zakopanym było go już bardzo dużo. Zima w pełni. Szlakiem doszliśmy do schroniska na Hali Kondratowej. Okazało się, że byliśmy pierwszymi i jedynymi gośćmi w schronisku. Przywitały nas bardzo miłe panie. Tam chwilkę odpoczęliśmy, wypili herbatę i porozmawiali z obsługą jaka to zima zaczęła się tego roku. Na szklaku było dużo śniegu, ale szlak wiedzie przez las i w związku z tym ścieżka była łatwa do przejścia. Ze schroniska wyruszyliśmy przy zdziwieniu pań w dalszą drogę w górę. Okazało się, że będziemy tymi którzy wyznaczą szlak na Kondracką przełęcz. Po kilku metrach okazało się, że śniegu jest po pas. Był to dopiero co spadły śnieg. Bardzo puszysty. Tam gdzie można było iść zapadając się tylko do kolan, szło się komfortowo. Niestety większość drogi trzeba było brnąć w śniegu zapadając się po pas. Po kilkudziesięciu metrach musieliśmy zweryfikować nasze plany. Chyba nie przejdziemy takiej trasy jaką zaplanowaliśmy. Plan był taki aby wyjść na Kondracką przełęcz, a potem dojść do Kasprowego i jeśli będzie czas i możliwość, to podejść, aż pod Świnicę i zejść przełęczą w dół do Murowańca, a potem do Kużnic. Przedzieranie się przez taki puszysty śnieg, gdzie każdy krok zapada się po pas, graniczy z cudem. Po pierwsze okazuje się, że taki marsz, o ile można tak to nazwać jest niesamowicie wolny. Do tego dochodzi niepokój towarzyszący tkwieniu w śniegu do pasa. Ma się wrażenie beznadziei i świat oglądany z tak niskiej perspektywy jest bardziej straszny. Usiłowaliśmy mniej więcej iść na pamięć po szlaku. Ale nigdzie nie można było go wypatrzeć. Czasami dogrzebywaliśmy się do dna i na
macanego określaliśmy czy są tam kamienie świadczące o szlaku. Nie mieliśmy jednak pewności. Potem w domu porównując zdjęcia i widoczny na niej ślad stwierdziliśmy, że udało nam się w zasadzie na pamięć nie odbiegać bardzo od szlaku. Po przejściu kilkuset metrów zaczął wiać bardzo silny wiatr i padać śnieg. Zaczęły się też podejścia pod wzniesienia gdzie okazywało się, że w śniegu po pas nie jest możliwe w ogóle poruszanie się w przód. Wynaleźliśmy nową metodę poruszania się po śniegu. Metodę: kolanowo-łokciową I tak od marszu po kolana w śniegu, potem po pas - przechodziliśmy chwilami do pełzania po śniegu. Stało się oczywiste, że w takim tempie nigdzie nie dojdziemy. Nie chodziło tu o czas tylko o wyczerpanie. Staraliśmy się zmieniać co jakiś czas w torowaniu drogi. Konrad jako lżejszy nie zapadał się tak bardzo jak ja. Staraliśmy się też wypatrywać wystające z pod śniegu kępki traw. Tam można było iść po kolana w śniegu. Tak wpełzliśmy na Magurski Upłaz oznaczony na mapie wysokością 1596. Schronisko jest na wysokości 1333. Stamtąd zobaczyliśmy, że naszą trasą ktoś wyruszył ze schroniska. Widoczne były dwie osoby. Tam ja zacząłem powątpiewać czy nie lepiej się wrócić, bo to nie ma sensu w takich warunkach. Zadzwoniłem do Basi mówiąc, że wygląda na to, że góra nas pokonała. Konrad jednak zaczął mnie przekonywać, że potem będzie lepiej. Ruszyliśmy więc dalej i tak jakoś dopełźliśmy do miejsca gdzie zaczynają się trawersy. Po raz pierwszy od ponad dwóch godzin udało mi się wyciągnąć nogi ze śniegu tak aby zobaczyć w jakim stanie są buty i ochraniacze. O dziwo okazało się, że nie ma nawet śladu przemoknięcia. Impregnacja się sprawdziła. I wreszcie zaczęły być widoczne zarysy szlaku. Tak dotarliśmy do pierwszych widocznych kamieni i zlodowaciałego śniegu. Tu okazało się, że bez raków podejście jest niemożliwe. Po raz pierwszy mogliśmy wypróbować jak się chodzi w rakach. Założenie jest szybkie i proste. W rakach podejście okazało się banalne. Przy zakładaniu raków zobaczyliśmy że idzie jeszcze jedna osoba na nartach, a za nią kolejny turysta. Dało się słyszeć kłótnie o nasze ślady. Ostatni turysta zaczął się awanturować aby ten z nartami nie szedł po śladach bo zasypuje przetarty szlak. Poczuliśmy się dumni, że to my wyznaczyliśmy ten szlak, a inni z niego korzystają. W rakach doszliśmy na samą przełącz, tylko od czasu do czasu zapadając się głębiej w śnieg. Na przełęczy dopadł nas ponownie silny wiatr, wiejący od strony Śłowackiej. Tam pokrywa śniegu okazała się twarda jak beton i dość wysoka. Drogowskaz zwykle dużo wyższy od na okazał się sięgać nam do szyi. Po piętnasto-minutowym odpoczynku i posiłku ruszyliśmy dalej. Nie poszliśmy jednak w stronę Kasprowego, bo okazało się, że nie ma na to już czasu. Na przełęcz dotarliśmy o 13:30
Ruszyliśmy w stronę Kopy aby potem zejść obok Giewontu na powrót ścieżką do schroniska. Na Kopę Kondracką dotarliśmy po dwudziesto-minutowym marszu. Na kopie przejaśniło się na tyle, aby porobić trochę zdjęć. To nagroda od Tatr za zdobycie szczytu. Kondracka Kopa to wysokość 2005 a przełęcz znajduje się na 1863 To pierwsze nasze 2000 metrów zdobyte zimą w tak trudnych warunkach. Z kopy zobaczyliśmy jak narciarz i jeden pieszy wchodzą na przełęcz. W momencie gdy kończyłem zdjęcia na kopie zaczęła się burza śnieżna i bardzo mocny-porywisty wiatr. Trudno było ustać. Zaczęliśmy więc schodzić w stronę Giewontu. Zejście grzbietami po bardzo twardym i zmrożonym śniegu. Byłoby niemożliwe bez raków. Konrad w pewnym momencie zostawił za sobą jeden z raków. Jakimś cudem odpiął mu się z nogi. Na kilkadziesiąt metrów przed dojściem do rozwidlenia szlaków okazało się, że przejście pod granią nie jest możliwe ze względu na duży nawiany nawis śniegu. Musieliśmy się przedzierać kilkadziesiąt metrów po zasypanej kosodrzewinie. To było bardzo męczące. Nogi ciągle zapadały się między gałęzie. Wreszcie dotarliśmy do rozwidlenia i zaczęliśmy schodzić ścieżką w dół. Po zaledwie kilku metrach okazało się, że ścieżka jest zasypana taki samym śniegiem jaki spotkał nas za schroniskiem przed dojściem do przełęczy. Schodzenie jednak po śniegu po pas jest trochę szybsze. W pewnym jednak momencie zawiesiłem się w kroku ni to na jakiejś zasypanej gałęzi czy jakiejś skale dyndając nogami po obu stronach bez punktu podparcia. Udało mi się uwolnić przechylając na bok i ryzykując zapadnięcie się głową w śnieg. Chwilami gubiliśmy ścieżkę. Raz przechodziliśmy bezpośrednio pod lawiniskiem. Zachowaliśmy tak odpowiedni odstęp i szliśmy bardzo ostrożnie pełni strachu. Po jakiejś godzinie zeszliśmy z góry i dotarliśmy do w miarę płaskiego terenu. Tu okazało się, że śniegu jest jeszcze więcej niż przy podchodzeniu. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że ta wycieczka może się skończyć nie całkiem bezpiecznie. Mocno wyczerpani ze zbliżającym się zmrokiem i perspektywą pełzania w nieznanym terenie w śniegu po pas poczułem się zagrożony. W plecaku zaczął dzwonić telefon, nie miałem siły wygrzebać się ze śniegu i go odebrać. Zaczęliśmy mozolnie posuwać się naprzód wypatrując ścieżki. Mniej więcej zdawaliśmy sobie sprawę gdzie jest schronisko. Naraz zobaczyliśmy wychodzącą z za drzew z boku jakieś 100 metrów od nas postać. Jakiś turysta szedł naszym szlakiem. Schodził z przełęczy. Porzuciliśmy ścieżkę i zaczęliśmy sie kierować na ukos w stronę wyznaczonego przez nas szlaku, a wydeptanego przez innych. Po jakimś czasie turysta zauważywszy nas zatrzymał się. Po około
30 minutach jak już zaczęło się robić prawie ciemno dotarliśmy do niego u kresu sił. Teraz już w prawie komfortowych warunkach w ciągu piętnastu minut razem dotarliśmy do schroniska. Tam spotkaliśmy jeszcze dwóch żołnierzy. Po jakichś pięciu minutach pojawili się kolejni turyści którzy wyglądało na to, że też zeszli z Giewontu przetartą przez nas ścieżką. Po odpoczynku i napiciu się gorącej herbaty i kilku miłych rozmowach z żołnierzami i przybyłymi turystami. Pożegnaliśmy się i zaczęliśmy schodzić już w zupełnej ciemności do Kużnic. Oczywiście mieliśmy zarówno czołówkę jak i latarkę. Na dół dotarliśmy około 18:00 Okazało się że pod naszą nieobecność. W okolicy Nowego Targu były obfite opady śniegu. Powrót do Krakowa okazał się jednak w miarę szybki. W domu byliśmy o 21:00 Na szczęście wszystko skończyło się szczęśliwie, choć czasami były chwile zwątpienia i strachu. Wnioski wyciągnięte z wycieczki: Konrada buty nie do końca nadają się na takie wyprawy – przemakają, ale faktycznie nie są to do końca zimowe buty. Trzeba brać dodatkowy podkoszulek na zmianę i ciepłe skarpety. Oprócz raków przydały by się rakiety śnieżne. A najlepiej iść jak już ktoś przetrze szlak.
i pory roku. Założyliśmy ochraniacze na nogi chroniące od wysokiego śniegu. Dzień wcześniej dobrze zaimpregnowałem moje buty. Zastanawiałem się czy znowu oboli mnie kostka, tak jak przy wędrówce na Czerwone Wierchy. Tym razem postanowiłem nie związywać ich mocno, a pozostawić luźne. Z Kuźnic za 10 zł można się zabrać pustym busem pod samą kolejkę. Kolejka już uruchomiona, jednakże jeszcze nie wozi turystów. Wagonik wygląda bardzo ładnie i nowocześnie. Mieliśmy okazje podziwiać jego testową jazdę. Potem zawisł nieruchomo w połowie drogi do Myślenickich Turni. My i tak nie mieliśmy zamiaru korzystać z kolei linowej. Kolejką na Kasprowy jeździmy jedynie z nartami. Jak wycieczka to wycieczka, trzeba iść pieszo. Wyruszyliśmy szlakiem w górę w stronę Kalatówek. Przed nami szli jedynie dwaj braciszkowie podążający do klasztoru. Idąc tak w śniegu i rozmawiając przegapiliśmy wejście na szlak. Zorientowaliśmy się dopiero widząc hotel. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Pod hotelem jest polana z której pięknie widać cel naszej wędrówki. Przeszliśmy w głębokim śniegu do szlaku na przełaj przez polanę. Na wiosnę na tej polanie rosną zawsze pierwsze krokusy. Śnieg w zasadzie zaczął się zaraz za Myślenicami. W Zakopanym było go już bardzo dużo. Zima w pełni. Szlakiem doszliśmy do schroniska na Hali Kondratowej. Okazało się, że byliśmy pierwszymi i jedynymi gośćmi w schronisku. Przywitały nas bardzo miłe panie. Tam chwilkę odpoczęliśmy, wypili herbatę i porozmawiali z obsługą jaka to zima zaczęła się tego roku. Na szklaku było dużo śniegu, ale szlak wiedzie przez las i w związku z tym ścieżka była łatwa do przejścia. Ze schroniska wyruszyliśmy przy zdziwieniu pań w dalszą drogę w górę. Okazało się, że będziemy tymi którzy wyznaczą szlak na Kondracką przełęcz. Po kilku metrach okazało się, że śniegu jest po pas. Był to dopiero co spadły śnieg. Bardzo puszysty. Tam gdzie można było iść zapadając się tylko do kolan, szło się komfortowo. Niestety większość drogi trzeba było brnąć w śniegu zapadając się po pas. Po kilkudziesięciu metrach musieliśmy zweryfikować nasze plany. Chyba nie przejdziemy takiej trasy jaką zaplanowaliśmy. Plan był taki aby wyjść na Kondracką przełęcz, a potem dojść do Kasprowego i jeśli będzie czas i możliwość, to podejść, aż pod Świnicę i zejść przełęczą w dół do Murowańca, a potem do Kużnic. Przedzieranie się przez taki puszysty śnieg, gdzie każdy krok zapada się po pas, graniczy z cudem. Po pierwsze okazuje się, że taki marsz, o ile można tak to nazwać jest niesamowicie wolny. Do tego dochodzi niepokój towarzyszący tkwieniu w śniegu do pasa. Ma się wrażenie beznadziei i świat oglądany z tak niskiej perspektywy jest bardziej straszny. Usiłowaliśmy mniej więcej iść na pamięć po szlaku. Ale nigdzie nie można było go wypatrzeć. Czasami dogrzebywaliśmy się do dna i na
macanego określaliśmy czy są tam kamienie świadczące o szlaku. Nie mieliśmy jednak pewności. Potem w domu porównując zdjęcia i widoczny na niej ślad stwierdziliśmy, że udało nam się w zasadzie na pamięć nie odbiegać bardzo od szlaku. Po przejściu kilkuset metrów zaczął wiać bardzo silny wiatr i padać śnieg. Zaczęły się też podejścia pod wzniesienia gdzie okazywało się, że w śniegu po pas nie jest możliwe w ogóle poruszanie się w przód. Wynaleźliśmy nową metodę poruszania się po śniegu. Metodę: kolanowo-łokciową I tak od marszu po kolana w śniegu, potem po pas - przechodziliśmy chwilami do pełzania po śniegu. Stało się oczywiste, że w takim tempie nigdzie nie dojdziemy. Nie chodziło tu o czas tylko o wyczerpanie. Staraliśmy się zmieniać co jakiś czas w torowaniu drogi. Konrad jako lżejszy nie zapadał się tak bardzo jak ja. Staraliśmy się też wypatrywać wystające z pod śniegu kępki traw. Tam można było iść po kolana w śniegu. Tak wpełzliśmy na Magurski Upłaz oznaczony na mapie wysokością 1596. Schronisko jest na wysokości 1333. Stamtąd zobaczyliśmy, że naszą trasą ktoś wyruszył ze schroniska. Widoczne były dwie osoby. Tam ja zacząłem powątpiewać czy nie lepiej się wrócić, bo to nie ma sensu w takich warunkach. Zadzwoniłem do Basi mówiąc, że wygląda na to, że góra nas pokonała. Konrad jednak zaczął mnie przekonywać, że potem będzie lepiej. Ruszyliśmy więc dalej i tak jakoś dopełźliśmy do miejsca gdzie zaczynają się trawersy. Po raz pierwszy od ponad dwóch godzin udało mi się wyciągnąć nogi ze śniegu tak aby zobaczyć w jakim stanie są buty i ochraniacze. O dziwo okazało się, że nie ma nawet śladu przemoknięcia. Impregnacja się sprawdziła. I wreszcie zaczęły być widoczne zarysy szlaku. Tak dotarliśmy do pierwszych widocznych kamieni i zlodowaciałego śniegu. Tu okazało się, że bez raków podejście jest niemożliwe. Po raz pierwszy mogliśmy wypróbować jak się chodzi w rakach. Założenie jest szybkie i proste. W rakach podejście okazało się banalne. Przy zakładaniu raków zobaczyliśmy że idzie jeszcze jedna osoba na nartach, a za nią kolejny turysta. Dało się słyszeć kłótnie o nasze ślady. Ostatni turysta zaczął się awanturować aby ten z nartami nie szedł po śladach bo zasypuje przetarty szlak. Poczuliśmy się dumni, że to my wyznaczyliśmy ten szlak, a inni z niego korzystają. W rakach doszliśmy na samą przełącz, tylko od czasu do czasu zapadając się głębiej w śnieg. Na przełęczy dopadł nas ponownie silny wiatr, wiejący od strony Śłowackiej. Tam pokrywa śniegu okazała się twarda jak beton i dość wysoka. Drogowskaz zwykle dużo wyższy od na okazał się sięgać nam do szyi. Po piętnasto-minutowym odpoczynku i posiłku ruszyliśmy dalej. Nie poszliśmy jednak w stronę Kasprowego, bo okazało się, że nie ma na to już czasu. Na przełęcz dotarliśmy o 13:30
Ruszyliśmy w stronę Kopy aby potem zejść obok Giewontu na powrót ścieżką do schroniska. Na Kopę Kondracką dotarliśmy po dwudziesto-minutowym marszu. Na kopie przejaśniło się na tyle, aby porobić trochę zdjęć. To nagroda od Tatr za zdobycie szczytu. Kondracka Kopa to wysokość 2005 a przełęcz znajduje się na 1863 To pierwsze nasze 2000 metrów zdobyte zimą w tak trudnych warunkach. Z kopy zobaczyliśmy jak narciarz i jeden pieszy wchodzą na przełęcz. W momencie gdy kończyłem zdjęcia na kopie zaczęła się burza śnieżna i bardzo mocny-porywisty wiatr. Trudno było ustać. Zaczęliśmy więc schodzić w stronę Giewontu. Zejście grzbietami po bardzo twardym i zmrożonym śniegu. Byłoby niemożliwe bez raków. Konrad w pewnym momencie zostawił za sobą jeden z raków. Jakimś cudem odpiął mu się z nogi. Na kilkadziesiąt metrów przed dojściem do rozwidlenia szlaków okazało się, że przejście pod granią nie jest możliwe ze względu na duży nawiany nawis śniegu. Musieliśmy się przedzierać kilkadziesiąt metrów po zasypanej kosodrzewinie. To było bardzo męczące. Nogi ciągle zapadały się między gałęzie. Wreszcie dotarliśmy do rozwidlenia i zaczęliśmy schodzić ścieżką w dół. Po zaledwie kilku metrach okazało się, że ścieżka jest zasypana taki samym śniegiem jaki spotkał nas za schroniskiem przed dojściem do przełęczy. Schodzenie jednak po śniegu po pas jest trochę szybsze. W pewnym jednak momencie zawiesiłem się w kroku ni to na jakiejś zasypanej gałęzi czy jakiejś skale dyndając nogami po obu stronach bez punktu podparcia. Udało mi się uwolnić przechylając na bok i ryzykując zapadnięcie się głową w śnieg. Chwilami gubiliśmy ścieżkę. Raz przechodziliśmy bezpośrednio pod lawiniskiem. Zachowaliśmy tak odpowiedni odstęp i szliśmy bardzo ostrożnie pełni strachu. Po jakiejś godzinie zeszliśmy z góry i dotarliśmy do w miarę płaskiego terenu. Tu okazało się, że śniegu jest jeszcze więcej niż przy podchodzeniu. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że ta wycieczka może się skończyć nie całkiem bezpiecznie. Mocno wyczerpani ze zbliżającym się zmrokiem i perspektywą pełzania w nieznanym terenie w śniegu po pas poczułem się zagrożony. W plecaku zaczął dzwonić telefon, nie miałem siły wygrzebać się ze śniegu i go odebrać. Zaczęliśmy mozolnie posuwać się naprzód wypatrując ścieżki. Mniej więcej zdawaliśmy sobie sprawę gdzie jest schronisko. Naraz zobaczyliśmy wychodzącą z za drzew z boku jakieś 100 metrów od nas postać. Jakiś turysta szedł naszym szlakiem. Schodził z przełęczy. Porzuciliśmy ścieżkę i zaczęliśmy sie kierować na ukos w stronę wyznaczonego przez nas szlaku, a wydeptanego przez innych. Po jakimś czasie turysta zauważywszy nas zatrzymał się. Po około
30 minutach jak już zaczęło się robić prawie ciemno dotarliśmy do niego u kresu sił. Teraz już w prawie komfortowych warunkach w ciągu piętnastu minut razem dotarliśmy do schroniska. Tam spotkaliśmy jeszcze dwóch żołnierzy. Po jakichś pięciu minutach pojawili się kolejni turyści którzy wyglądało na to, że też zeszli z Giewontu przetartą przez nas ścieżką. Po odpoczynku i napiciu się gorącej herbaty i kilku miłych rozmowach z żołnierzami i przybyłymi turystami. Pożegnaliśmy się i zaczęliśmy schodzić już w zupełnej ciemności do Kużnic. Oczywiście mieliśmy zarówno czołówkę jak i latarkę. Na dół dotarliśmy około 18:00 Okazało się że pod naszą nieobecność. W okolicy Nowego Targu były obfite opady śniegu. Powrót do Krakowa okazał się jednak w miarę szybki. W domu byliśmy o 21:00 Na szczęście wszystko skończyło się szczęśliwie, choć czasami były chwile zwątpienia i strachu. Wnioski wyciągnięte z wycieczki: Konrada buty nie do końca nadają się na takie wyprawy – przemakają, ale faktycznie nie są to do końca zimowe buty. Trzeba brać dodatkowy podkoszulek na zmianę i ciepłe skarpety. Oprócz raków przydały by się rakiety śnieżne. A najlepiej iść jak już ktoś przetrze szlak.![]() |
| Tatry zimą |

Komentarze