Cios za ciosem.

Zaczęło się po wczasach. W lecie tego roku byliśmy na wczasach Basi. Jak zwykle nad morzem. Moje wczasy byłyby w górach. Po powrocie z wczasów. Przestał działać piec. Nie mieliśmy gorącej wody, potem za kilka dni wysiadła kosa spalinowa. Tuż po powrocie (wieźliśmy na dachu samochodu rowery) zaczęło coś skrzypieć. Już na wczasach przestał mi działać telefon. Dwie naprawy i dalej to samo. Aby to wszystko doprowadzić do sprawności wydałem około 1500 zł. W grudniu 2006 zgubiłem kartę kredytową (na szczęście ubezpieczona) ale sprawa reklamacji ciągnie się już ponad miesiąc. Zaraz potem okazało się, że co dopiero kupiony Nikon D-80 ma jakieś plamy na matrycy. Oddałem do naprawy do dziś nie mam. W styczniu 2007 padł wydech w samochodzie. Wczoraj rano drukarka. A dziś na Słowacji na nartach zgubiłem telefon. O ile jak zgubiłem kartę to po 40 minutach trafił się szczęśliwy znalazca który od razu kupił sobie telewizor za 3500 zł To ostatnio znalazłem kartkę za wycieraczką. Ktoś otarł się o drzwi samochodu i zostawił telefon choć nie znalazłem żadnego śladu na drzwiach. Telefon znalazła miła Pani z Warszawy i chce mi go zwrócić. Zastanawiam co chce mi Bóg przez to powiedzieć? Że nie wszyscy ludzie to złodzieje i egoiści?

Komentarze