Znajomi i przyjaciele inaczej
W piątek wieczorem była impreza za wersję 6.0
Byłem, a jakże. Zgodnie z zasadą trzeba się pokazać na imprezie firmowej, ale nie za bardzo. Czyli bądź tyle aby było wiadomo, że Ci zależy. Żeby zapamiętali Cię z tej dobrej strony. Zalicz, a potem idź, abyś nie zobaczył za wiele i aby Ciebie nie odkryli. Na więcej można sobie pozwolić na imprezach prywatnych. Fajnie było, był magik, rozmnażał króliki i znikał karty. Jednak imprezy
takie traktuję jako cześć pracy – obowiązek. Czasami się zżymam, że muszę iść, nie dość, że siedzę w pracy dłużej niż ustawa przewiduje, to jeszcze w piątek wieczorem mam tracić czas. Czemu nie traktuje tych ludzi jak zwykłych znajomych i przyjaciół. Przecież zasługują na to nie mniej niż Ci z którymi nie pracowałem nigdy. Bo są przechodni? Częste zmiany pracy, miejsca zamieszkania nauczyły mnie chyba traktować ludzi z którymi się stykam jako przechodnich. Dziś są, jutro ich już nie będzie w moim otoczeniu, tylu ich się przewinęło, a wielu nie pamiętam już twarzy. Tu pracuję już ponad 10 lat. Dwa razy dłużej niż w najdłuższej pracy. Czy oni też przeminą? Mam kilkoro których wyjątkowo cenię i obdarzam szacunkiem. Wręcz zdają mi się przyjaciółmi, a jednak wracam do domu i to jest inny świat. Tu ich nie ma i marne są szanse aby kiedyś byli. Tu jest tabliczka “Private” Wstęp surowo wzbroniony. Nie umiem osób oddzielić od przedmiotu – pracy. Nawet gdy byli u mnie prywatnie, to jednak współpracownicy. Przykre, ale szczere. Ile musi minąć czasu aby stali się przyjaciółmi a nie współpracownikami? Co muszą zrobić? Mam wyrzuty sumienia!
A może to nie praca tak działa, bo zdaje mi się że znajomi których poznałem przez żonę, czyli ci którzy mieszkają tu gdzie obecnie mieszkam też należą do takiej kategorii. Też są jakby nie z mojego prywatnego świata który zostawiłem za sobą w dzieciństwie, tam daleko w Krakowie – Prokocimiu. Tam powstałem, tam zyskałem świadomość. Aż taką traumą była dla mnie przeprowadzka tutaj? O jakże czuję się samotny...
W piątek wieczorem była impreza za wersję 6.0
Byłem, a jakże. Zgodnie z zasadą trzeba się pokazać na imprezie firmowej, ale nie za bardzo. Czyli bądź tyle aby było wiadomo, że Ci zależy. Żeby zapamiętali Cię z tej dobrej strony. Zalicz, a potem idź, abyś nie zobaczył za wiele i aby Ciebie nie odkryli. Na więcej można sobie pozwolić na imprezach prywatnych. Fajnie było, był magik, rozmnażał króliki i znikał karty. Jednak imprezy
takie traktuję jako cześć pracy – obowiązek. Czasami się zżymam, że muszę iść, nie dość, że siedzę w pracy dłużej niż ustawa przewiduje, to jeszcze w piątek wieczorem mam tracić czas. Czemu nie traktuje tych ludzi jak zwykłych znajomych i przyjaciół. Przecież zasługują na to nie mniej niż Ci z którymi nie pracowałem nigdy. Bo są przechodni? Częste zmiany pracy, miejsca zamieszkania nauczyły mnie chyba traktować ludzi z którymi się stykam jako przechodnich. Dziś są, jutro ich już nie będzie w moim otoczeniu, tylu ich się przewinęło, a wielu nie pamiętam już twarzy. Tu pracuję już ponad 10 lat. Dwa razy dłużej niż w najdłuższej pracy. Czy oni też przeminą? Mam kilkoro których wyjątkowo cenię i obdarzam szacunkiem. Wręcz zdają mi się przyjaciółmi, a jednak wracam do domu i to jest inny świat. Tu ich nie ma i marne są szanse aby kiedyś byli. Tu jest tabliczka “Private” Wstęp surowo wzbroniony. Nie umiem osób oddzielić od przedmiotu – pracy. Nawet gdy byli u mnie prywatnie, to jednak współpracownicy. Przykre, ale szczere. Ile musi minąć czasu aby stali się przyjaciółmi a nie współpracownikami? Co muszą zrobić? Mam wyrzuty sumienia!A może to nie praca tak działa, bo zdaje mi się że znajomi których poznałem przez żonę, czyli ci którzy mieszkają tu gdzie obecnie mieszkam też należą do takiej kategorii. Też są jakby nie z mojego prywatnego świata który zostawiłem za sobą w dzieciństwie, tam daleko w Krakowie – Prokocimiu. Tam powstałem, tam zyskałem świadomość. Aż taką traumą była dla mnie przeprowadzka tutaj? O jakże czuję się samotny...
Komentarze